Jak już wspomniałem wcześniej wybrałem się 5go grudnia na wycieczkę fakultatywną. O ile ceny tej usługi są zależne od agencji turystycznej, o tyle potem okazuje się, że transportem zajmuje się „warstwa pośrednia” wspólna dla wszystkich agencji. Jej zadaniem jest dowiezienie odpowiednich klientów tylko tam, gdzie opłacili wycieczkę. Wygląda to tak, że stoi się przed swoim hotelem o umówionej godzinie np 7.00 i czeka do oporu aż ktoś podjedzie. Po mnie przyjechał spóźniony 30min bus na 10 osób. Klimatyzowany i wygodny. Warto pamiętać o tym żeby przed zaliczeniem któregoś punktu wycieczki zabrać swoje rzeczy z busa – można już nim nie jechać a podjedzie inny. Kierowca też będzie inny. Żegnając miasto zobaczyć można jeszcze było gromadzące się tłumy lokalsów w żółtych koszulkach. Ustawiali się wzdłuż głównej ulicy.

Pływający targ jak sugeruje nazwa to targ umieszczony w kanałach wioski. Wioska taka leży jakieś 80 km od Bangkoku na południowy zachód. Sam bym tam się na pewno nie wybrał. Po przyjeździe ładują nas do łodzi. Nie są one tak długie jak na rzece w Bangkoku, ale idea ta sama i napęd ten sam. Pilnuję czy łódź jest za free. Ok, to płynę. Tą łódką przewieźli nas kanałami jakby dookoła całego marketu. Żebyśmy sobie narobili smaka i zdecydowali się na zasadnicze pływanie po targu za 150BHT. Ale na to nie chciałem się pisać. O wiele lepiej jest pochodzić, można się dowolnie długo zatrzymać, potargować, porobić zdjęcia. Tymczasem na wodzie były zatory, smród spalin tych silników, takie średnie jak dla mnie. Byliśmy tam ze 2 godziny, potem zbiórka i jazda na opłacony obiad. Szału nie było. Potem następnym busem do Kanchanburi – zobaczyć most. Zdjęcia wrzucę jak dostanę gdzieś szybszy internet.

Most na rzece Kwai stał się znany od momentu nakręcenia filmu pod tym samym tytułem. Z tym, że ten filmowy zlokalizowany był w bardziej fotogenicznych rejonach.
W czasie II wojny japończycy używali więźniów do zbudowania kolei mającej pomóc inwazji na Birmę. Różne szacunki mówią 10tyś Amerykanów, Australijczyków i Holendrów. Nie wspomina się o tym, że użyto też 100tyś Tajów. Ale nic to. Jeńcy wojenni z Zachodu mieli większą siłę przebicia i to im głównie poświęcono osobny cmentarz oraz muzeum JEATH. Pierwszy most był drewniany i pozostały po nim tylko pale obok muzeum JEATH, natomiast 300m od niego zbudowano później drugi betonowy, kŧóry obecnie stał się przedmiotem komercyjnym. Jeździ po nim kolejka (ok 100BHT) tam i spowrotem. Podobno trasa jest kilkukilometrowa, ale nie sprawdzałem.

Samo muzeum JEATH za opłatą 40BHT oferuje stanowiska przedstawiające historię Tajów „od drzewa”, kulturę, muzykę czy ciuchy ich ulubionego króla Ramy 9. Stanowiska dotyczące wojny to broń, pojazdy, pamiętniki jeńców.
Nie zmienia to faktu, że powinni się przyłożyć do tego. Na wielu eksponatach leży wielomiesięczny (o ile nie letni) kurz, pajęczyny. Czasem szyby są zatłuszczone, ale od wewnętrznej strony. Może wybrzydzam, ale nasze polskie muzea wiedzą jak to robić. Ciekawostką jest, że jeden z budynków muzeum a raczej jego dach jest doskonałym punktem widokowym na rzekę, most i okolice. Z tego byłem zadowolony. O 15tej wsiadłem w umówionego busa do Bangkoku i przyjechałem w sam raz na wieczorną część „urodzin króla”.