Nie spotkałem dotychczas miasta tak nastawionego na rosyjskich turystów jak Pattaya. Owszem na poprzednich wyspach rosyjscy nowobogaccy zajmowali co bardziej odludne i lepsze domki nad morzem, jednak to co się dzieje w Pattai to dla mnie duże zaskoczenie. Nawet znaki drogowe, reklamy są po tajsko- rosyjsku. Ok czasem angielski się zdarzy. Ale wchodzę do byle biura, czy baru i od razu słyszę „Zdrastfujtie”. Hmm.

Pattaya nie ma w sobie nic ciekawego oprócz dwóch rzeczy: połączenia z wyspą Ko Lan oraz „Walking Street”. DSCF6622 DSCF6641

DSCF6616Plaża w Pattai jest zwyczajna, kilkukilometrowa obstawiona hotelami i parasolkami. Żwirowaty piasek, nic nadzwyczajnego. Aa i jest dobra komunikacja w mieście. Pełno songthewów i skuterów-taxi. Ja i tak wynająłem skuter, więc cen komunikacji nie znam, a miałem niesamowitą frajdę z jazdy po tym mieście. Zaoszczędziłem też dużo czasu, byłem w miejscach do których normalna komunikacja nie dociera. To duże miasto, duży ruch, jednak jeśli zapamiętasz podstawową regułę: obchodzi cię to co widzisz przed sobą – jak na nartach – spokojnie wystarcza aby bezpiecznie jeżdzić po mieście.

No ale po kolei. Jest jedno molo, które obsługuje połączenia z wyspą. Nie zawracajcie sobie głowy budynkiem przed molo – to biura pośredników i inne takie. Trzeba od razu na molo, podejśc do łódki, spytać o cenę (30BHT) i wio. Ko Lan przed nami🙂 Po dotarciu pierwsze starcie z kierowcami skuterów-taxi. 50BHT do najdalszej plaży. Po przejściu 300m znajdujemy się na placu, gdzie stoją songthewy – od razu taniej. Ja wybrałem plażę Tien Beach. To zachodnia plaża, tylko nikt ci z lokalsów nie powie że ładnie wygląda tylko z zewnątrz. Nikt nie wspomni, że przy wiatrach od zachodu (a może i zawsze) woda jest po prostu zasyfiona tym, co wypadnie z transportowców, które przepływają parę mil morskich na zachów. Pływając tam można natrafić ma kawałki drewna, folie, tworzywa sztuczne różnego sortu. Plaża miła, ale to tylko piasek. Chyba lepiej będzie jak udacie się na plażę południową lub Tawaen Beach na północym zachodzie. Powrót był prostszy niż myślałem bo o określonych porach na plażę podpływały długie łodzie i transportowały ludzi na statek stojący w tej zatoce. Potem statek podpływał do następnej zatoki i to samo. Finalnie statek płynie do Pattai. To długa droga mimo wszystko. powrót – 100BHT.

„Walking Street” i temu podobne.

Pod tą nazwą kryje się deptak przy plaży, długi na hmm 2km. Obejmuje on też przecznice do niego długie na ok 500m. Nie jest to jednak deptak a’la Krupówki. To burdelownia zwykła, tyle że mega popularna i pełno w niej też ludzi, którzy chcą zobaczyć jak to wygląda.

Są otwarte bary-bez ścian tyle, że podswietlone na czerwono. Grają tam czasami naprawdę dobrą rockową muzę, przy której można wypić stosunkowo tanie piwo. Czasem dosiada sie do ciebie Tajka, albo ladyboy albo możesz ich olać. Czasem są rurki i panie na nich, ale niekoniecznie.

Są też bary go-go – również proponują tanie alkohole, ale trza uważać, bo można tam wsiąknąć.

Są salony masażu, dyskoteki, a nad ulicą i tym wszystkim unosi się rosyjski gwar  – w większości.

Zuber pytał o ladyboyów – no to odpowiadam, są na każdym kroku. Stoją na ulicy i kuszą, zachęcają. W zasadzie tylko ladyboje stoją na ulicy. Wydaje mi się, że to taki najniższy szczebel w tym całym biznesie. Po prostu idąc nie można im pozwolić siebie zatrzymać.

Poza tym miasto Pattaya nie ma w sobie nic szczególnego. Dojazd z Bangkoku jest chyba jednak wyznacznikiem ilości turystów. To co ja mogę polecić w tym mieście to akwarium „Underwater world Pattaya”. Wstęp 500BHT ale warto. Są tunele oszklone, gdzie chodzi się po dnie akwarium a nad nami pływają ryby mniejsze i większe. Szkoda, że mój aparat nie ma lepszej czułości, zdjęcia byłyby lepsze. Jest też dział meduz, ale jest obecnie dość skromny. To już lepiej jest w Nicejskim akwarium.