Kiedy pociąg w końcu dotarł do Chiang Mai odetchnąłem z ulgą. Dosłownie. W tym mieście czuć wyrażny chłód w stosunku do środkowej Tajlandii. Nie było duchoty więc łatwiej się szło z bagażem. Ogólnie klimat w Chiang Mai jest zdecydowanie przyjemniejszy temp za dnia 31-21C. I noce chłodniejsze 25-16C. Pociąg generalnie miał być o 9.55 a dotarł o 12.50. Efekt taki, że pozostawało jedynie zasięgnąć co istotniejszych informacji w TAT (Tourist Authority of Thailand) i poszukać taniego noclegu.

TAT miał biuro jakieś 2.5 km od kolei, więc poszedłem z buta. Na miejscu zobaczyłem wielki baner informacyjny, że akurat dzisiaj (17go) jest mój lucky day i biuro przeniesiono do nowej lokalizacji. Dobre. Ale zobaczyłem za szybą kogoś z obsługi. Pogadaliśmy i w efekcie dostałem propozycję, że zabiorą mnie na tył pickupa wraz z paroma parobkami i meblami, które mieli jeszcze przewieźć za chwilę. No i dobrze się stało. Pick-up był mocno załadowany, ale 15 min później byłem w nowym biurze TAT. Normalnie bym szedł tam ze 3 km.

Skierowali mnie potem do pobliskiej dzielnicy guest housów w pobliże Loi Kroh Road i dalej na północny wschód. Byłem tam tyle, że ceny zaczynały się od 300 BHT a w necie widziałem oferty za 100… No i w tym momencie pojawił się songthaew i jego kierowca proponujący mi tani nocleg w starej, centralnej części miasta. Normalnie bym go olał, ale czemu nie spróbować..
To była dobra decyzja. Dostałem pokój na parterze, z podwójnym łóżkiem, wentylatorem i łazienką za 150 BHT. Jak dla mnie rewelacja. Dobry punkt wypadowy na miasto:

„Jo House”, 32/2 Rachamnkha Rd., Soi 6, Chiang Mai. Cicha okolica, podają też dobre i tanie jedzenie. Mają też agencję turystyczną.

Samo Chiang Mai nie na wiele ciekawych rzeczy. Sa Waty, jest też Nocny Targ, trochę knajpek, klub go-go no i są trzy ringi Muai Thai – największy niedaleko Tha Pae Gate – International Thaphae Boxing Stadium. Regularnie odbywają się tam walki w poniedziałki, środy, czwartki i niedziele. Tego wieczora również miały być. Zasadniczo miasto rozwija się, ale dla turystów może być tylko tanią bazą wypadową w góry.

No więc pokręciłem się po mieście. Był jeszcze konkurs kulturystów, to popatrzyłem na tych narcyzów z 5 min. Potem obadałem wejście na walki. Hmm VIP 600BHT, dalszy sektor 400BHT, 7 walk. Start o 21 i miały być do północy. Nie zdecydowałem się. Trochę mi zeszło oglądanie nocnego targu. Jakby się uprzeć, to można coś fajnego dla siebie znaleźć i relatywnie tanio. Targ odbywa się codziennie w nocy. Ma to swoje zdecydowane zalety – chłodno.

Było już późno jeśli chodzi o te walki bo była 22.30, ale założyłem, że jak uda mi się wejść za 200BHT to kupuję bilet. No i co? Wszedłem za free:) Na najlepszą część zabawy. Tak – zabawy, bo ten lokalny ring był miejscem spotkań i lokalsów i farangów. Całość to hala, przewiewna i składająca się z zadaszonego ringu i widowni na poziomie gruntu, osobno zadaszanych barów wokół tak, że całość była jakby wspólna i dawała poczucie naprawde przyjemnego i rodzinnego miejsca. Przyszedłem na koniec czwartej walki zakończonej kontuzją kostki jednego z zawodnikow. Potem miały być „Special Fights” i powiem wam, że czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem.

Na ring weszło 6ciu chłopaków – i grubych i chudych w każdym razie nie zawodników profesjonalnych. Mieli „szczęki” i rękawice. Sędzia każdemu założył opaskę na oczy. I gong!
Ileż było śmiechu! Sześciu ludzi szukało się nawzajem, tłukło na oślep i w powietrze, przewracało i wstawało po to, żeby dostać jeden strzał w cokolwiek i znów się przewrócić. Nie było kopania, ale nawet sędzia obrywał od dwóch ludzi na raz :)) Niesamowite przeżycie! Cała sala ryczała ze śmiechu, ludzie klaskali i dopingowali. Nie widziałem nigdy czegoś takiego, ale to wspaniały refresh przed dwoma głównymi walkami. Potem chłopaki chodzili z pudełkiem po widowni i zbierali napiwki🙂 Jeśli ktokolwiek będzie w Chiang Mai i będą akurat w programie „Special Fights” niech wali w ciemno. Polecam, bo naprawdę warto!😀
Następne dwie walki też były super. Zawodnicy po 135 funtów, starsi więc było ciekawie. Obie zakończyły się nokautami. Jak miałbym porównać wizyty w Ratchademnoen Stadium w Bangkoku i tu, to lepiej wypada ta lokalna. Jak zwykle najlepsze rzeczy przytrafiają się za darmo…
Swoją drogą Ratchadam Kraków też mógłby wprowadzić coś takiego na swoje podwórko…