Sorry , ale mam dużą obsuwę w opisywaniu co ciekawszych fragmentów podróży z powodu wolnego netu. Wzbogaciłem o obrazki ostatnie trzy artykuły. Teraz pora na kolejny:

27.12.2012 Zaraz po przyjeździe do Chiang Kong wieczorem walimy na granicę. Nie ma się co szczypać – jutro rano będą większe kolejki i większy stres. Po drodze poznajemy Julię, dziewczynę z Niemiec. Ona woli zostać w hotelu po tajskiej stronie – jej sprawa. Odprawa po stronie tajskiej nie jest problemem dopóki nie zgubicie kartonika jaki otrzymaliście przy wjeździe do Tajlandii. Zgubienie boli – 100USD czy coś. Mnie to nie dotyczyło, więc do końca nie wiem ile.

Potem prom przez Mekong – 50BHT i Hurraaa jesteśmy w Laosie!

Na dobrą sprawę po południu granica po ich stronie była otwarta – wyobrażacie sobie mogłem wejść do miasta Huay Xai bez kontroli! Jednak obowiązek wizowy dotyczy również mnie, przy wyjeżdzie miałbym kłopoty, więc nie komplikując sprawy poszedłem do okienka. Oficjalnie wiza kosztuje 30USD. Urzędas zarządał 31USD na pytanie dlaczego, powiedział: „ta cena już nie jest dłużej ważna, 1USD to opłata za nadgodziny”. Gówno prawda, gdybym przyszedł rano, powiedziałby: „to oplata operacyjna”. Łapówkarz zasrany. Czytałem o tym, ale nie sądziłem, że naprawdę są tacy bezczelni. Oficjalny cennik wisi obok.

Znów mamy szczęście z nolegiem – mamy za 8 euro pokój z dwoma łóżkami i dobrą łazienką. Wszystko czyste, są ręczniki i gruba kołdra, bo noce są tutaj chłodne. Podczas rejestracji w portierni napotykamy – Julię :)  Od teraz będzie z nami do nowego roku w Luang Prabang.
Ta przygraniczna miejscowość skupia podróżujących z każdego kierunku. Dzięki temu zdobywamy informacje, gdzie warto pojechać itd. Znowu trafiamy do knajpy, gdzie jest weranda a na niej ognisko. Jest jak w Cave Lodge:) Od teraz wszystko jest w walucie KIP – 1 euro = 10500 KIP, 1 dolar – 8000 KIP. Banknoty są porąbane – podobne do siebie – nie można rozróżnić 1000 i 10000. to samo z 2000.

Naszym celem jest Luang Prabang. Można się tam dostać autobusem – ale drogi nie są proste ani dobre oraz łodzią powolną – 2 dni na łodzi z noclegiem w Pakbeng) lub szybką – 7godzin dla masochistów). Druga opcja wygrała, to może być fajna podróż. Trzecia opcja przegrywa z kilku powodów. Oficjalnie kosztuje ponad 1000000 KIP a poza tym wygląda to tak:

mała 4 osobowa wąska łódeczka i potężny silnik. Kask na głowie, zatyczki trzeba do uszu włożyć żeby nie ogłuchnąć. Człowiek jest wytrzęsiony nieustannymi uderzeniami o wodę.

Tak więc wszyscy walą wolną łodzią po Mekongu. Postraszeni przez naszą gospodynię rezerwujemy u niej bilet na „Slow Boat” do Luang Prabang za 240 tyś. W ten sposób mieliśmy nadzieję na pewne miejsce na łodzi. Rano okazało się wszystko grubą przesadą. Płynęły 3 łodzie. więc m,ejsca było dosyć. Była co prawda para, która miała miejsca zapewnione, ale pojawili się też ludzie, którzy mieli bilety na te same miejsca i byli wcześniej, więc tamtych upchnięto na tyle łodzi. Sprawa jest irytująca, bo bulisz tyle kasy, a potem okazuje się ci Azjaci nie potrafią wykazać się minimum organizacji.

Lubię określenie Grahama – „Lazy Bastards”, które odnosi się do leniwych przewoźników. I nie ważne czy są to kierowcy tutktuka, songthewa czy łodzi. Każdy chce załadować ludzi na maksa ze swojej strony dając minimum. A nie wspominając o kosmicznych cenach jakie czasem się słyszy. Oni naprawdę są leniwi. To kobiety robią biznesy w sensie rozmawiają z klientem na targu, negocjują. Oni wolą nie znać angielskiego lub udawać że nie znają. Wtedy nie ma pola do dyskusji, załatwiania spraw itd.

Zanim jeszcze wystartowaliśmy, na przód łodzi wystartował pewien młody i przystojny Laotańczyk i w dobrym angielskim zaczął opowiadać o Laosie. I szczególnie o miejscowości Pakbeng – w której mieliśmy jako pasażerowie nocować w połowie drogi do Luang. Generalnie obraz jawił się czarny – na porządku dziennym sa kradzieże bagażu z pokoju, samo miasteczko nie jest zbyt bezpieczne, ciężko mu to przyznac ale tak jest… Żartowałem w duchu , że ci tubylcy to oni wręcz ludzi jedzą…Mówił, że bardzo dobrym pomysłem jest kierować się wskazaniami noclegu z Lonely Planet. A w szczególności dwoma pierwszymi pozycjami, których to przedstawicielem jest ten Laotańczyk!
No klapki z oczu spadły! Bullshit! Kolejna przestroga z Wikitravel się sprawdziła-bezczelna ściema ludziom jest pociskana przez pośredników. Nocleg w połowie drogi znależliśmy samodzielnie, rano byliśmy zdrowi a bagaże całe.

Niezmiennie jednak sam spływ był ciekawy, krajobrazy się zmieniają. Ludzie dyskutują. Wspominam szczególnie miło drugi dzień spływu kiedy przez pół dnia grałem w karty🙂