13.01.2013 Jestem teraz w Pakse. To na południu Laosu. Co zdarzyło się pomiędzy Luang Prabang a Pakse, opiszę innym razem. Teraz chciałem się trochę wyżołądkować. Popołudnie było udane, do momentu, kiedy zdecydowałem się pojechać jeszcze dziś do Si Phan Don – 4000 Wysp.
Już chyba wcześniej wspominałem, że doskonałym sposobem na dojenie turystów jest wszechobecne niedoinformowanie. Dworce autobusowe są usytuowane bardzo często poza centrum przy drogach wylotowych. Natomiast trzeba się postarać, żeby dowiedzieć się kiedy i z którego dworca jedzie upragniony autobus. Oczywiście tuktuki i songtewy mają nie lada gratkę. No bo jakoś musimy się wydostać z miasta… W noclegowniach nie znajdziesz żadnej rozpiski, wszystko jest na gębę.

No i na gębę dowiedziałem się (o 15tej), że spokojnie jest szansa na autobus to 4000 wysp, bo jeździ on co godzinę. Super. Problem z dostaniem się był spory. Dworzec południowy oddalony jest od centrum o 8km. Byłem akurat sam więc musiałbym zapłacić całą kwotę za tuktuka (30000Kip), cena za bilet autobusowy z dworca jest podobna, więc płaciłbym jakby podwójnie. No to każdemu tuktukowi, który mnie zaczepiał mówiłem żeby spadał na drzewo. Miałem nadzieję, że jakiś autobus międzymiastowy przejeżdzający przez miasto zabierze mnie do tego dworca. Przejeżdżał jeden, ale mnie olał. Lokalni się nie zatrzymują. Przynajmniej w miastach nie miałem szans na stopa. Byłem skazany na Lazy Bastarda…

Po negocjacjach zeszło do 15tyś Kip, kierowca zapewniał również, że pora jest dobra, więc wsiadłem do tuktuka. Na dworcu niespodzianka – żadnego autobusu już nie będzie! Facet odjechał więc nawet nie miałem w kogo rzucić kamieniem😉 Poczułem się naprawdę zrobiony w konia. Straciłem 15tyś. – to dobra porcja ryżu z mięsem i warzywami. A trzeba było wracać do miasta. Jakiś kierowca autobusu przejeżdzającego przez miasto zaoferował się że pomoże… za 10tyś. Ale mi pomoc kurde. Ale co było robić, wróciłem. Pół biedy, że w znajomym hotelu było miejsce.

Po co to wszystko opowiadam? A po to, żeby pokazać jak na każdym kroku dochodzi do próby wyłudzania pięniędzy. Inny przykład – litr wody pitnej w matowej, plastykowej butelce kosztuje 1tyś. Ale idziesz do sklepu w dzielnicy farangowej – 2tyś, gdzieś na peryferiach kobieta zażądała 3tyś. To samo z jedzeniem, z noclegiem który nazywa się ĄĘ. Za każdym razem czuję się jakbym dostał w pysk. Wiem, że to dlatego bo jestem z Europy. Farang w Tajlandii, falang w Laosie.

Przynajmniej ci Azjaci mają przyzwoitość dla swoich ziomków. Wejścia do obiektów będących dobrem wspólnym – ruiny, parki, wodospady itd. oficjalnie mają dwie ceny. Dlaczego kurde u nas w Polsce tak nie ma? Dlaczego w takim Krakowie WSZYSCY dostają w pysk po równo? Dlaczego idąc na piwo we własnym mieście jestem tak samo wykorzystywany jak bogaci i rozpuszczeni Angole? Dlaczego kebab musi kosztować 10zł? Dlaczego my Polacy nie trzymamy się razem, zamiast doić się nawzajem?

No ale wróćmy na laotańską ziemię. Otóż ci Azjaci robią nas tutaj obrzydliwie w konia, bo nas po prostu nie szanują. No a za co mają nas szanować? Może za te lata okupacji francuskiej? A może za bombardowania z latach 70tych, w wyniku których do dzisiaj jest wiele niewypałów. Statystycznie co roku z powodu „aktywowania” niewypału zginęło 60 osób. To pamiątki po niosących demokrację Amerykanach. Czasem nie było to celowe bombardowanie. Czasem nalot mial być w Wietnamie, ale alarm odwoływano. Ciężkie bombowce musiały wracać na lotnisko i spełnić specjalne procedury lądowania z pełnym uzbrojeniem. Lepiej więc było wracać nie wpełni załadowanym… Świat zachodni przyniósł im śmierć, wykorzystywanie, bagietki no i grę petanque (rzuca się tymi stalowymi kulkami na żwirowym torze w inną kulkę).

Powiecie, że to przeszłość. No to może szanować falanga, który jest zmanierowanym 62 latkiem z USA, pijącym w kółko browary, opowiadającym o paleniu ziół, dziweczynkach 10km dalej i swoich wciąż możliwościach? Albo młodziakiem z Niemiec, wyglądającym jak młody Fidel (broda, czapeczka wojskowa z czerwoną gwiazdą) ? Nie wiem czy on głupi czy ignorant. A może podstarzałą parą Anglików dla których wygoda jest najważniejsza? A może Holendrami o hardkorowym tatuażu na całej ręce i obowiązkowo na łydce? Albo szanować za rozrzutność? Nie znając wartości pieniądzy, które się posiada, łatwo przepłacać „bo to tylko jeden euro więcej”. Albo za te przekłute uszy, czadowe wisiorki, koszulki – wszystko co ma być oznaką czaderskości i pasji właściciela??

Ci Azjaci byli w dzieciństwie bardziej hardkorowi i offroadowi. Od małego jeżdżą na skuterach 100ccm i to nie pojedynczo na jednym. Jeżdżą dwójkami, trójkami, czwórkami. Po szkole idą się kąpać w rzekach o finezyjnych przełomach, przez dżunglę. Nie wiem co dzieje się w porze deszczowej, ale wyobrażam sobie co dzieje się z tym grubym pyłem na lokalnej drodze i we wsi jak leje codziennie. Z bambusa robią drabinę, pałeczki, rurki do drinka, patyki na grila, płot itd. Mnisi nie włażą im do prywatnego życia. To my przychodzimy do nich z normami, jakością w hotelu, klimatyzacją. Potrzebujemy klopa na którym trzeba siedzieć jak na krześle, chociaż wypróżnianie w kucki jest szybsze i łatwiejsze. I jeszcze potrzebny jest nam papier..

Może jestem dziś skrajny w ocenach, ale myślę, że Azjaci również oceniają nas po skrajnościach. Tak więc zacytuję filmowego Gruchę: „Kim ty ku.wa jesteś, falangu ??”