Kiedy ładowałem się w nocny autobus z Luang Prabang do Hanoi (Wietnam), to było moje pierwsze doswiadczenie z nocnym busem w Azji. Po pierwsze obsługa była wietnamska i nie mówiła w ogóle po angielsku, jakieś Japonki nabijały się z tych chłopaków po angielsku, bo oni mało kumaci byli tak w ogóle. Autobus posiada miejsca leżące w dwóch poziomach: podłoga i poziom od metra w górę. Tak więc ktoś leżący na poziomie 0 widział stopy ludzi przechodzących korytarzem. Wewnątrz autobusu obowiązkowo trzeba zdjąć obuwie i wrzucić do reklamówki. Nie mogę powiedzieć, że sprzedano za dużo biletów, ale nawet powierzchnia korytarza została zmieniona w miejsca leżące. Obsługa rozdawała również koce do osłony przed zimnem klimatyzowanego powietrza. Większość jechała do Hanoi, to długa droga – 30h, wiele zakrętów, koszmar dla delikatnych osób. Co prawda autobus zatrzymuje się co parę godzin, ale i tak to bardzo męczące. Miejsca leżące przystosowane są dla Azjatów tzn, musiałem sobie nogi złożyć🙂

Ostatecznie rzecz biorąc, obsługa odnotowała, że chcę jechać do Phonsavan i tam mnie obudziła po 9h jazdy, o 3 rano. To miasto naprawdę było martwe o tej porze. Pensjonaty pozamykane, znalazłem jeden hotel, w którym drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedłem, nie budziłem nawet portiera, który spał na materacu w portierni, tylko się rozłożyłem na szerokiej ławie w holu głównym, żeby jakoś przetrwać do rana. Rano o 7mej jak zaczął się ruch, obudziłem się, poranna toaleta też była w tym hotelu, ba nawet mogłem zostawić spakowany plecak na portierni tego hotelu, podczas gdy ja sam wynająłem motocykl, żeby zobaczyć „Plains of Jars”.

W sieci znajdziecie, co to jest. Z grubsza powiem, że w okolicy Phonsavan znajdują się trzy tereny, na których można znaleźć te kamienne dziwy. Poranek był zimny i zamglony. Zupełnie nie na jazdę motocyklem. Wybrałem więc teren najbliżej miasta (12km) – Site nr 1. Przed wejsciem na teren zwiedzania – kawa na rozbudzenie i rozgrzanie, potem bilet – 20tyś KIP. Generalnie rozpogodziło się o 10tej, dzbanów trochę tam było, moja osobista teoria jest taka, że kiedyś garncarze byli kiepscy i musieli wykonać wiele prób a jeden taki dzban jest kamiennym monolitem…😉

Te okolice nie są bezpieczne jeśli chodzi o niewybuchy. Zobaczyć można kratery po amerykańskich bombach. Zaleca się nie zbaczać z wyznaczonych ścieżek. Nadal trwają prace nad zabezpieczaniem terenu. Nie pytajcie mnie dlaczego Amerykańce zrzucili tam tyle bomb. Trochę pisałem o tym w innym poście. Może chcieli stłuc wszystkie dzbany?

W międzyczasie poznałem dwie Rosjanki, które wynajęły SUV żeby przejechać Laos. No i tak wyszło, że wzięły mnie do SUVa i razem zwiedziliśmy Site nr 2 odległy od miasta o 35km. Generalnie powiem, że droga była bita i zakurzona, przygotowywana położenia nawierzchni. Cieszyłem się, że nie jadę motocyklem. Znowu skasowali nas na 20tyś KIP od osoby a teren z dzbanami to było 20x20m, porażka. Jedyne co ratowało to miejsce to widoki na odległe góry. W porze deszczowej jest jeszcze ładniej bo zazieleniają się wszystkie ryżowe pola wokół. Obecnie są tylko żółtym rżyskiem. Natomiast same dziewczyny okazały się być racjonalne i gadatliwe umiarkowanie🙂 Ponieważ mieliśmy ten sam kierunek podróży – zabrały mnie „na stopa” do samego Vang Vieng. Rewelacja: 240km przez kręte góry z możliwością zatrzymania na fotki kiedy bedzie trzeba – marzenie każdego autostopowicza🙂 Trasa nie należy do łatwych: jest kręta i stroma, są na niej mułowate ciężarówki, czasem nawierzchnia jest zdarta do warstwy żwiru, małe wioski rozłożone są wzdłuż drogi. Spacerujące po drodze kurczaki, bydło i świnie to była norma. „Magda” jeździ dobrze i ciśnie kiedy trzeba, ale i tak na miejscu byliśmy późno po zmroku. Nie wyobrażam sobie, jak długo jechałbym autobusem.
W samym mieście nasze drogi się rozeszły. Każdy miał inne plany na następne dni, tak więc co mogę powiedzieć: Dzięki, dziewczyny!