Pora podsumować Laos. Nie pisanie na bieżąco się mści, bo niektóre detale mi już umknęły np niektóre ceny😉 Ogólne zdanie wśród wielu spotkanych ludzi jest takie, że Laos to jedna wielka wioska, tzn. jest pełen pól ryżowych, wiosek rozrzuconych wzdłuż drogi, bydla przechodzącego nieśpiesznie przez jezdnię. Nie jest to diametralnie różne od tego co widać u sąsiadów, ale po prostu jakieś prostsze. Nawet stolica kraju – Vientiane jest najspokojniejszą i najmniejszą ze spotkanych dotychczas.Trzeba się cofnąć do okresu sylwestrowego. Jesteśmy w trójkę – Ąrel, Julia i ja. W tym czasie Luang Prabang było mocno naładowane turystami. Ciężko było znaleźć jakieś pokoje w rozsądnej cenie, ale udało się – 100000Kip za pokój dwuosobowy, oddzielne łóżka. Dzieliłem pokój z Ąrelem, a Julia z jakąś Chinką, która w ogóle nie chciała się z nami integrować. Daliśmy sobie przez tych parę dni trochę luzu. Samo miasto jest bardzo spokojne. Bary zamykane były ok 10tej w nocy z wyjątkiem nocy sylwestrowej. Posiada ono targ oraz nocny targ (czytaj miejsce wyrzucania pieniędzy przez turystów). Chcieliśmy zobaczyć okolice. Jak będziecie w Laosie, to miejcie świadomość, że każda nawet najmniejsza wiocha będzie się chciała wypromować wodospadem albo jaskinią. I problem jest taki jak odróżnić ciekawe miejsca od tych mniej ciekawych. Heh utrudnienie jest takie, że do każdej lokalnej ciekawostki jest strażnik, trzeba zapłacić. I to bez względu na wartość estetyczną obiektu.

Wybraliśmy się rowerami do lokalnego wodospadu Tad Thong – 6km od centrum, ale bez szału. Może dlatego że byliśmy tam krótko przed zmierzchem więc prawdziwych kolorów wody nie było widać🙂 Sam wodospad nie jest duży, ale okolica jest ładna, jest ścieżka prowadząca na szczyt wzgórza. U wylotu wodospadku jest jeziorko (tak z 50m x 100m), w którym można się kąpać. Woda jest czysta, ni to błękitna, ni to turkusowa.

Natomiast prawdziwą perełką jest wodospad Kwang Si. To już nie jest tak blisko, trzeba wziąć jakiś transport. Chyba oczywiste jest, że cenę trzeba ustalić na usługę przewiezienia tam i z powrotem. A ile osób władujemy do songtewa to już inna sprawa. Nas była akurat trójka niestety, nie znaleźli się inni chętni. Na marginesie tuk-tuki w Laosie są jakieś śmieszne. DSCF7286Motorki są słabe, zdecydowanie nie dla 4 pasażerów, dla których to przewidziana są ławeczki, konstrukcja też nie powala, bo z boku wygląda to tak, jakby cały ciężar przeważyło do tyłu (przy nie załadowanym tuk-tuku). Wziąłem tuktuka 2 razy w Laosie i na tej podstawie powiem, że osiągi też nie powalają🙂 Na prostej i płaskiej się może i rozkula, ale jak spotykamy wzniesienie lub potrzebę ruszenia, to czasem myślę, że pieszo zrobiłbym to szybciej.

No dobrze, rzeczony łoterfol naprawdę robi wrażenie. Po obu stronach wodospadu są ścieżki prowadzące do miejsca, gdzie się ten wodospad zaczyna. Byłem tam, ale nie znalazłem rzeczki ani dokładnie miejsca źródła, tylko takie rozlewisko. Mogło by się wydawać, że to koniec atrakcji, ale niee, to początek. W dole rzeki zaczynają się kaskady. Wielopoziomowe kaskady małych zbiorniczków. Woda jest tu turkusowa i czysta. Piękne miejsce. W większości nie wolno się kąpać, natomiast w dolnym odcinku kaskad jest duże jeziorko, w którym można się kąpać do woli. Jest drzewo z liną, więc ludzie skaczą do wody stylem Tarzana. Zdecydowanie polecam to miejsce na upalny dzień.

W ramach tego parku jest również ośrodek ratowania niedźwiedzi, niestety nie udało mi się zobaczyć ani jednego miśka.

Sam Sylwester niczym się nie różnił od innych nocy. Ja się nawet bałem czy nam baru nie zamkną zaraz po północy🙂 O 21 nagle w całym miasteczku zgasło światło na godzinę. Knajpy na szybko stawiały świece przy stolikach. Może i bardziej romantycznie… ale jak dla mnie za ciemno. Jak już wspomniałem to spokojne miasteczko, więc nie miało wielu miejsc zabawy. Lokalsi mogą ci zaproponować kręgielnię za miastem (nie polecam) albo bar Utopia, który uratował nasz wieczór. Bar i dyskoteka pod gołym niebem przyciągnęła większość turystów w miasteczku. I dobrze bo było gęsto, międzynarodowo i w ogóle. Stoję np. w kolejce do baru i czytam menu. A tam „Bison Gras vodka with apple juice” – toż to nasza Żubrówka z sokiem jabłkowym. Jak się ucieszyłem, że w środku Azji taki polski akcent! A że się ucieszyłem na głos, jakaś babka się odwraca i pyta – Jesteś z Polski?🙂 Polka przyleciała z Filipin z facetem na krótkie wakacje. Miłe spotkanie i fajnie porozmawiać po polsku.
Nowy rok to był leniwy dzień, od dwóch dni kaszlałem, więc teraz mogłem sobie pokaszleć na spokojnie😉 Żeby było śmieszniej, wielu z nas już nie miało kasy i trzeba było zdobyć nową. Na turystycznej ulicy jest parę bankomatów, ale albo nie ma w nim kasy, albo nie obsługuje kart danego typu, albo jest zepsuty. Są też małe budki, w których płaci się kartą, a dostaje gótówkę. Przy czym mała uwaga: bankomaty pobierają opłatę 20000KIP, więc warto wybierać maksymalną sumę 10^6 KIP. Budki czardżują 3% sumy plus uznają złodziejskie przewalutowanie z dolara. 4 dni zupełnie wystarczyły na Luang Prabang. Co jeszcze jest fajne, to fakt, że te dwa dni na łodzi po Mekongu tak zbliżały ludzi, że idąc przez miasteczko ciągle można było słyszeć pozdrowienie lub zaproszenie do stolika. Było parę takich osób, z którymi widziałem się również później, na południu Laosu. Pora zmienić miejsce. Większość jedzie na południe do Vang Vieng, ja z Ąrelem mamy podobny plan, więc walimy na północ – łodzią do Nong Khiaw.