Mam nieodparte wrażenie iż Laos został podzielony na strefę górzystą, jaskinionośną i wodonośną. Oczywiście nie jest to jasno wyznaczona granica, bo można znaleźć wodospad różnież na północy kraju, nie mniej jednak obszar płaskowyżu Bolaven jest niezwykle bogaty w kawę i wodospady (łoterfole).

Aby je zobaczyć, pojechałem do Pakse i potraktowałem to miasto jako bazę wypadową. Sam dojazd nie był łatwy. Ze stolicy (Vientiane) za jednym zamachem chciałem dojechać do Pakse. Przeskoczyłem tym samym Thatek, który niektórzy koniecznie zaliczają, jako że jest to teren bogaty w dłuugie jaskinie.  Najdłuższa tam ma z 7km i podróżuje się w niej łódką. Ale ja miałem dość ciemnych dziur. Może nast. razem. Skończyło się na tym, że w Pakse byłem przed północą i zostałem wysadzony w miejscu dalekim od strefy zamieszkałej przez turystów. Można było domyślać się, że to zmowa z miejscowymi „Lazy Bastards” ponieważ w zasadzie już czekali na poboczu. Żądali 5-6$ (tyle co za nocleg w hostelu), a do pokonania było ze 2km. Liczyli na niewiedzę zmęczonego przyjezdnego. Wiadomo było co zrobię🙂 Miasto rozciąga się wzdłuż głównej drogi, tyle tylko, że pomyliłem kierunek i poszedłem 2 km nie w tą stronę co trzeba🙂 Potem wracałem drugie tyle. Pensjonaty były dawno pozamykane, albo pełne. Hotele miały kosmiczne ceny za nocleg. W desperacji poszedłem do dużego budynku z ogródkiem, żeby zapytać gdzie jeszcze znajdę hostel. Tam spotkałem trzech młodych ochroniarzy, którzy najpierw poczęstowali mnie piwem, potem chcieli dać zupy rybnej a na końcu powiedzieli, że mają nocną zmianę i szykują się do spania na podłodze. Jak chcę to mogę sobie znaleźć kawałek podłogi w tym urzędzie. Wada jest taka że trzeba wstać o 6.30 zanim pojawi się pierwszy pracownik dzienny🙂 Nooo. To jest to!

Zrobiłem sobie eleganckie podłoże z poddupników fotelowych + mój śpiworek i tak spalem do rana.

Póżniej się okazało, że 300m od tego urzędu stoi Hotel Lankham, który ma bardzo przyzwoite ceny pokoju wieloosobowego. I żeby było śmieszniej najtańsze pokoje są na najwyższym piętrze z tarazem, tak że jest tam też najlepszy widok na okolicę. Korzystałem z niego potem parę razy.

Pakse jest dobrą bazą do jednodniowego wypadu do Champasak, gdzie znajduje się starożytna stolica królestwa Khmerów. Trafić tam łatwo i najprzyjemniej na wypożyczonym motocyklu. Kasują osobno za parking, osobno za wstęp. Trzeba uważać przy kupowaniu biletu, gdyż domyślnie próbują wcisnąć turystom najdroższy bilet. Tańszy nie obejmuje przejazdu elektrycznym autobusem z bramy ośrodka do podnóża świątyni (max 500m). Różnica jest moze 10-15tyś KIP. Można sobie podarować tę wygodę i przejść się zadrzewioną aleją pomiędzy dwoma stawami. Same ruiny, jak ruiny. No stare są (1500 lat) tak, że można wyobrazić sobie ich stan. Nie mniej jednak polecam wycisnąć trochę potu i wejść po stromych schodkach na najwyższą kondygnację świątyni. Rozciąga się stamtąd widok na całą dolinę płaską jak stół. Kto wie, może król też tam stał i mówił „To moje”…

Żeby zrobić objazd po płaskowyżu Bolaven, trzeba zarezerwować sobie kilka dni. Można zrobić motocyklem „małą pętlę” 2-3 dni lub „dużą pętlę” 3 i więcej dni. Spojrzawszy na mapę powiedzieć można, że Pakse jest na zachód od płaskowyżu. Większość turystów zaczyna pętlę kierując się na północny-wschód do Tad Lo. Znajduje się tam pierwszy z wodospadów, który jest nieduży, ale cieszy oko. Przyjemnie się jest w nim wykąpać wieczorem. Wioska jest mała, ale przyjemna. Widac w niej już budujące się kolejno pensjonaty, natomiast obecnie nie straciła ona jeszcze nic ze swojej wiejskości. Obecnie funkcjonuje tam już parę pensjonatów, natomiast numerem jeden jest dla mnie „Mama Pap’s Guesthouse” – mogłem ciut pomylić nazwę. Na piętrze domu, w którym mieszka rodzina, znajduje się 6 dwuosobowych materacy oddzielonych moskitierami. Jest to taki drewniany „dorm room”. Łazienka jest wspólna dla wszystkich i bardzo prosta. Prysznica nie ma, zresztą po co prysznic, skoro wodospad jest pod nosem. Cena 15tyś KIP! Jedzenie u tej pani jest również bardzo dobre, jest go dużo i w kategorii ceny również pobija wszystkie inne pensjonaty. Ludzie przychodzą z innych noclegów tutaj, żeby zjeść.  Niedaleko znajduje się kawiarnia, gdzie używa się lokalnie uprawianych ziaren kawy. Szefem kawiarni jest Niemiec mieszkający w Laosie od lat. W ogóle płaskowyż na kawie stoi. Uprawia to każdy i suszy gdzie popadnie. Jeśli ktoś chce się pobyczyć w przyjemnym miejscu to Tad Lo nadaje się do tego idealnie.

Dalej prowadzi droga wspólna dla małej i dużej pętli. Rozdziela się w na rondzie w Tha Taeng. Obecnie polecam wszystkim robić małą pętlę, gdyż warunki na drodze od Ban Bengkhua Kham do Paksong są ekstremalnie trudne. Na początku jest tylko dużo piachu i czerwonego pyłu. Nie wiedziałem o tym, że obecnie przygotowuje się tamtejszą górską drogę pod budowę nowej drogi. Jazda tam odbywała się z prędkością max 5km/h. Osiadły na drodze pył miał kilka centymetrów. Pod spodem są niewidoczne kamienie. Ogólnie jest bardzo kamienisto. Podczas przejazdu tego odcinka spotkałem dwie ciężarówki wzbijające tumany kurzu i jednego lokalsa na motocyklu. Jeśli się czegoś bałem to usterki motocykla, całe szczęście tylko raz mi się zbuntował i zgasł. Pośrodku tej drogi donikąd znajduje się wodospad Tad Katamtok. Punkt widokowy jest po przeciwnej stronie doliny. Widać cały wodospad jest on jednak w cieniu bo ma wystawę na północ. Ponoć jest jakaś ścieżka, żeby podejść pod spód wodospadu, ja jednak byłem wystarczająco zawiedziony, żeby jeszcze gdzieś się fatygować. Pod koniec dnia Paksong był nadal daleko, droga się trochę poprawiła ale nadal była bita. W środku niczego stoi tablica zachęcająca do odwiedzenia pobliskiego pensjonatu. Skęciłem w las i to była dobra decyzja. Pensjonat fajny, prosty. Ceny ciut wyższe niż mieście (jesteśmy pośrodku niczego przecież), jednak okolica jest pełna wodospadów. Tablica mówi, że jest ich 11. Najbliższe z nich słychać z pensjonatu. Największe wrażenie zrobił na mnie wodospad Namtang? Wielki, huczący nawet podczas pory suchej. Polecam odwiedzić go o poranku, kiedy dolinę rozświetla słońce. W dolince unoszą się kropelki wodnego pyłu. Ciężko zrobić zdjęcie nie mocząc soczewki, ale miejsce jest bardzo malownicze. Żeby dostać się do tego ośrodka obecnie lepiej jest jechać od strony Paksong, jest bliżej i łatwiej.

Dalsza droga jest nadal bita, ale widac już w okolicy domostwa, nawierzchnia pełna czerwonego pyłu. Jest też kilkanaście pojazdów na drodze, które z mojego czarnego softshela robią czerwone coś… Niby już nawierzchnia jest utwardzona, już można jechac 50km/h, to jednak zdradliwe dziury co jakiś czas zmuszają do hamowania. Jak już droga staje się asfaltowa, kilometry lecą i przybliżają do wodospadu Tad Fane, który przegapiłem bo nie mogłem znaleźć skrętu, oraz wodospadu Tad Yuang. Ten ostatni jest piękny, ale Lao kasują za wstęp. Ma wystawę na południowy-zachód. Jest kilka różnych punktów widokowych w dolinie, umożliwiających widok z różnej perspektywy. To w zasadzie ostatni łoterfol na mojej liście przed Pakse.