No właśnie, czym jest Angkor Wat i jemu podobne?

DSCF8014

Żeby się tego dowiedzieć, 19-go stycznia wyjechałem z Kratie autobusem do Siem Reap. Nie jest to podróż jednym autobusem. Gdzieś w połowie trzeba się przesiąść i lepiej, żeby bagaż też sie przesiadł🙂

Kiedy przed przyjazdem szukałem miejsca noclegowego, wszystko wskazywało na to, że pensjonat „Garden Village” jest jedynym za 2$ w pokoju wieloosobowym. Na miejscu, autobus zanim się jeszcze zatrzymał, już został otoczony przez grupę „Lazy Bastards” niczym łydka przez moskity. Jestem wysoki, więc całkiem łatwo przedarłem się przez tę zaporę i poszedłem po swój bagaż. Kurcze, oni nadal za mną idą… Zacząłem ich spławiać tradycyjnie po polsku… i iść w kierunku miasta. Przy bramie dworca podążał za mną już tylko jeden i powiedział tak: „Sir, zabiorę cię do Garden Village, ale mam też inny hostel za 2$. Pojedziemy tam najpierw i jak ci się nie spodoba to pojedziemy do Garden Village. Za dolara”. Normalnie i jego bym olał, ale tym razem pomyślałem: „Czemu nie. I tak utargowałem z 3$”. Była to dobra decyzja, bo okazało się, że każda firma transportowa ma swój dworzec. Tak więc w Siem Reap dworców jest siedem! Ten akurat był oddalony od centrum jakieś 6km, tak że nieźle bym się nachodził🙂

Ośrodek nazywał się „Siem Reap Central Hostel”. Dokładnie tak, na tej samej ulicy istnieją hostele droższe i o bardzo podobnych nazwach. Zwykłe pokoje są za 15$, ale mają oni również pokoje 4-osobowe za 2$. Ponieważ wyglądało to dobrze, tam zostałem, a kierowca był zadowolony bo przywiózł hotelowi klienta. Później dowiedziałem się, że „Garden Village” owszem ma tanie miejsca, ale ciężko się tam wbić. A tu było w miarę cicho, do centrum 5minut, internet i bilard:)

Od następnego dnia mogłem zwiedzać, a za namową pewnej Niemki zacząłem od „wschodu słońca nad Angkor Wat”.

To był bład. Po pierwsze: trzeba wstać ok 4.30. Trzeba znaleść tuk-tuk albo inny pojazd. „Lazy Bastard” zazwyczaj życzy sobie 12$, bo zakłada, że będzie z nami jeżdził do ok 8 rano i potem nas odwiezie na śniadanie do hotelu. Najpierw jednak trzeba kupić bilet wejściowy do ‚Świątyń Angkoru”. Bilet jednodniowy – 20$, bilet 3dniowy – 40$. Moja rada ku potomnym jest następująca:

Kup bilet jednodniowy, znajdź zdyscyplinowaną grupę 2-3 osób, wynajmij tuk-tuk na jeden dzień (ok 20$) i zacznij zwiedzanie od 7-8 rano. Tuk tuki powinny zatrzymywać się na wasze żądanie, a także jechać do miejsc jakie zażądacie. Pamiętajcie – żadnych skrupułów wobec nich, A i zapomnijcie o wschodzie słońca, nuda jak cholera. Przy obecnej pogodzie nie widać wschodu jako takiego, słońce pomiędzy mgły na horyzoncie przebija się ok 6. Lepiej to wygląda kiedy są ładne cumulusy na niebie, ale to nie ta pora roku. Niektórzy „Lazy B” będą oferować wam wschód nad jeziorem. W istocie jest to staw Srah Srang. Nie dajcie sie namówić.

Ja kupiłem bilet 3-dniowy, tego porannego tuk tuka ostatecznie wynajęliśmy za 5$ w jedną stronę. Wynajmowałem później rower za 1$/dziennie i pedałowałem jak popierdzielony, w tym słońcu, pomiedzy tymi ruinami przez dwa dni. Tak, można powiedzieć, że w tempie roweru, można spokojnie zwiedzić najważniejsze obiekty Angkoru w dwa dni. Żeby był właściwy obraz sytuacji: ruiny znajdują się kilka kilometrów od miasta, są również rozrzucone na przestrzeni kilkunastu kilometrów.

Same ruiny… Do właściwego ich zrozumienia trzeba być buddysto-hinduistą, którym nie jestem. Najbardziej znany – Angkor Wat robi wrażenie bardziej z zewnątrz niż w środku. Jest rozległy – mury zewnętrzne mierzą 1,5km x 1,3km. Otacza go fosa, szeroka na 190m. Wygląda to jak kwadratowa Wisła. W środku zamek właściwy szeroki na 235m. Tego kamienia jest tam kupa. Ciekawe mozaiki, rzeźbione pod presją utraty życia. Można było znaleźć mozaiki wykonane w części tylko. Od przewodnika usłyszałem, że artysta się machnął i stracił głowę – no ale dlaczego nikt nie kontynuował dzieła w tym kawałku kamienia? Wzór był wystarczająco zepsuty? Trzeba dodać, że mozaiki tworzone były na samym końcy budowy…  W całym kompleksie świątyń można znaleźć te same motywy, podobne style. I strome schody symbolizujące drogę do nieba. Ciężko się na nie wspiąć, tak jak i ciężko osiągnąć doskonałość, ale w paru miejscach można zobaczyć ułatwioną wersję dla zwiedzających (jakiś ponadczasowy symbol)???

Była też świątynia Prasat Bayon ze swoimi wieloma twarzami w skale. Jeśli interesują kogoś ruiny zdemolowane przez drzewa polecam Preah Palilay, Preah Khan oraz sławny Ta Prohm (Tomb Rider i te sprawy). Uświadomiłem sobie, że żadne z tych ruin nie wzbudziły we mnie tego wewnętrznego zachwytu. Nie było tego WOW, którego oczekiwałem. Może nie ta temperatura, może nie ta liczba ludzi…

Jedynie walka kamienia z drzewami zasługiwała na moje zainteresowanie. To postepujące pochłanianie cywilizacji przez dżunglę mnie zdumiewało. Pomyślałem, że od natury nie uciekniemy. Możemy się od niej oddzielić technologią, odgrodzić betonem – ale ona i tak nas cierpliwie dopadnie. To leży w jej naturze – ustawiczny rozrost, adaptacja. My już nie chcemy się zmieniać jak również przestajemy podlegać prawom ewolucji naturalnej, a jesteśmy jakby nie było – zwierzętami.

A miasteczko? Moje osobiste zdanie – znalazłem się tam w najlepszym dla miasteczka momencie istnienia. Jeszcze nie przepełnione, ale tętniące życiem. Polecam przejść się nocą po „Pub Street” – krótka ulica pełna kafejek. Jeszcze nie wygląda jak Khao San Road, ale ma pełno barów i restauracji. Dwa najbardziej znane bary: „Temple Bar” i tytułowy „Angkor What?”. W „Temple Bar” codziennie od 19.30 do 21-tej rozpoczynają się pokazy tańców tradycyjnych (Apsara Dance) i inne. Wstęp jest za darmo, ale będziecie poproszeni o jakieś zamówienie. Warto zobaczyć.

Podsumowując czym jest dla mnie Angkor ? Najbardziej znaną kupą kamieni na świecie. Świadectwem braku poczucia własnej wartości/pychy kolejnych jego władców, dowodem że żadna władza nie trwa wiecznie.