Rzutem na taśmę przeskakuję z Phnom Penh (15.02.2013; 8.45) przez Bangkok (9.55) do Chumphon (pociąg o 13.00 do 22.30) i na wyspę Ko Tao (prom o 23.00 do 16.02.2013 05.00). Co robić na wyspie znanej z pięknych raf? Nurkować! W ten sposób rozrzutnie zrobiłem patent Open Water Diver.

Ale po kolei. Sposobów na dotarcie do Ko Tao jest kilka. Ponieważ jechałem z północy, najlepiej dotrzeć do Chumphon i stamtąd wziąć prom. Dzienne promy są za 600BHT, a nocne o 23 za 300BHT. Nocny ma też tę zaletę, że będąc w istocie promem przewożącym ciężki sprzęt, jest powolny i posiada pokój wieloosobowy dla turystów na pokładzie. Tak więc można spędzić 6 nocnych godzin na pokładzie w pozycji leżącej! Jeśli ktoś będzie spał dłużej – nie ma problemu. Prom stoi w porcie Ko Tao do późnych godzin rannych, nikt nie wygania. Gorzej jest z noclegiem na wyspie. Da się znaleźć dorm room za 200BHT na Sairee beach, ale może nie być wolnego miejsca. Ja wyczytałem, że są noclegi za 300BHT w południowej zatoce Chalok Baan Bay. Ośrodek nazywa się Sunraise Resort 2. Zostawiłem więc ciężki plecak w porcie, w jakiejś restauracji i poszedłem z buta te 2-3 km. Dobrze zrobiłem, bo nawet z małym plecakiem byłem mokry po przejściu tego odcinka. Pensjonat wyglądał wporzo, był nie luksusowy i miał dostęp do plaży. Spotkałem tam szefową szkoły nurkowej Sunshine Divers, która powiedziała, że jak zrobię u nich kurs, to dostanę nocleg na 4 noce w cenie. I nie był to dorm room a mój własny domek z werandą🙂 Do tego zaproponowała, że ponieważ transport do i z ośrodka mam też w cenie, mogę z ich kierowcą skoczyć do portu po plecak🙂 Ok. Raz się żyje, 9000BHT good bye!

W ten sposób tego samego dnia dostałem się na 4-dniowy kurs nurkowy. Myślę, że było to najlepsze co mogłem zrobić na tej wyspie.

Po pierwsze byłem jedynym kursantem na tym kursie. Wyglądało to więc jak prywatne lekcje z trenerem. Mój trener Simon, to sympatyczny koleś ze Szwajcarii. Ma świra na punkcie morskich zwierząt, co przydało mi się podczas nurkowań w morzu. Poza tym opowiadał dużo różnych szczegółów poza-kursowych o nurkowaniu, na co nie pozwoliłby sobie z 4 kursantami, bo by nie skończył szkolenia o czasie. To samo odnosiło się do ćwiczeń na basenie i w morzu. W tym przypadku, brak towarzystwa kursantek wyszedł mi na dobre🙂 Miałem szczęście do tej szkoły, bo w ośrodku obok za jednym zamachem uczy się np 7 kursantów na 3 instruktorów. Słyszałem jak połowa z nich miała problem podczas ćwiczeń w morzu, to reszta musiała czekać, niestety. Basen też mają malutki. Moja szkoła jest mniejsza, kursy zaczyna w zasadzie codziennie. Natomiast basenowe ćwiczenia odbywają się na ładnym, dużym i głebokim basenie zaprzyjaźnionego ośrodka wypoczynkowego.

Co mogę powiedzieć, bogactwo, kolorystyka i urozmaicenie życia morskiego wokół tej wyspy wywołało u mnie ŁAŁ. Aczkolwiek zabrakło mi tych naprawdę dużych ryb, ale na to przyjdzie czas, jeszcze inne miejsca nurkowe przede mną🙂 Simon codziennie dawał mi książeczkę ze zdjęciami morskich stworzeń, ze zdumieniem rozpoznawałem większość obrazków🙂 Niby nic takiego, ale jak dziecko bawiłem się czymś co nazywa się „Christmas Tree Worm”. Robisz turbulencje ręką w wodzie nie dotykając ich i one siup, chowają się🙂 Jak się uspokoi to znów wychodzą. Jeśli ktoś widział film „Avatar” to podobny patent tam wykorzystano.  Instruktorzy mówią, że w „Avatarze” jest więcej zapożyczeń z życia podwodnego, którego ludzie nie mają szans widzieć. W efekcie świat „Avatara” jest jak wzięty z kosmosu.

Tymczasem zatoczki Ko Tao wyglądają naprawdę tropikalnie i kusząco. Niektóre tylko wyglądają, natomiast widoczność w wodzie jest zerowa, dno mulisto-koralowe i można sobie stopy poranić. Z resztą niejednemu się to zdarzyło:) Niektóre zatoczki są bardzo trudno dostępne, trzeba pokonywać strome drogi, większość o nawierzchni cementowej, czasem bitej, żwirowej. Całkiem sporo ludzi nie zachowuje bezpieczeństwa na skuterze i potem kuśtykają, obandażowani na kolanach, łokciach czy stopach. Widoczność w wodzie jest w dużej mierze zależna od kierunku wiatru, więc proszę się nie zrażać opisami na forach.

Moja ulubiona plaża to Tanote bay – doskonałe miejsce do pływania z rurką i maską. Duże urozmaicenie ryb i korali, czysta woda, dostęp bliski z plaży.  Druga jest Sai Nual Beach za łatwy dostęp z plaży do podwodnych skałek, rybek trochę mniej, sama plaża malownicza. Jest jeszcze „Shark” Bay – bardzo ładna plaża na południu, dobra do opalania, ale nie podobało mi się w wodzie. O zmierzchu pojawiają się tam niegroźne rekiny. Niektórzy zachwycają się Mango Bay  – ładnie tam, ale dojazd najtrudniejszy i najdalszy, bo plaża jest na północy. Tak wielu ludzi się tam wybiera, że trochę dla mnie za tłoczno. Pływa tu wiele łodzi z Sairee Beach pełnych imprezujących młodocianych, którzy chcą posnoorkować.

Jest jedna rybka o której muszę wspomnieć, bo mnie wkurzała. Ma może 5cm, jest głównie zielona i lubi… strupki. Więc jak ktoś ma jakiś „bolok”, jak ja na nodze, to ona się nie pieprzy tylko cap i rwie. Nie jest delikatna jak rybki używane w różnych miejscowościach do oczyszczania skóry, jest bardziej agresywna. A o boloki nie trudno, wystarczy się parę razy podrapać po komarze albo przejechać skórą po rafie. W zasadzie mogłem tę rybkę spotkać w każdej zatoce😦

Życie nocne skupia się niestety w okolicy Sairee Beach. To parę kilometrów od mojego ośrodka. Można raz tam uderzyć. Mnie to jakoś nie rajcowało. W mojej okolicy też coś sie dzieje, ale jest znacznie spokojniej.