Kiedy już miałem dość Ko Tao wystarczyło pójść do portu i kupić bilet na inną wyspę w tym rejonie – Ko Phangan. W zasadzie jest 3 przewożników, nie ma problemu z dojazdem, ostatni statek odpływa bodaj o 15.30 i kosztuje 430BHT, przy czym poranny o 10 kosztuje 350BHT. Tym co przyciąga na Ko Phangan, jest comiesięczna impreza –  Full Moon Party. Tym razem pełnia była 26go lutego.

Spróbuję odtworzyć to co napisano w lokalnym przewodniku: „zaczęło się od czyjejś imprezy urodzinowej w 1984 roku. Było tak dobrze, że uczestnicy umówili się w tej samej restauracji na Haad Rin podczas następnej pełni”. Fama się rozniosła, w latach 90tych impreza ładnie się rozrastała a kiedy podróżowanie dla tłuszczy stało się łatwe, przeistoczyło się to obecnie w jakiś obrzydliwy komercyjny nowotwór.

No właśnie, jeśli ktoś chce imprezować – to jest to powód do przyjazdu, tylko czy warto jechać aż tak daleko? Full Moon Party przyciąga raz na miesiąc ludzi głównie z Europy. Poza okresem pełni księżyca, wyspa jest spokojna, turystów praktycznie brak. Ceny spadają. Natomiast to co dzieje się kilka dni przed pełnią, to czyste szaleństwo. Komercja okrutna. Ceny za nocleg kosmiczne. Pensjonatów pełno a każdy zajęty. Jaskrawe zielone i różowe koszulki czekają na klientów na każdym rogu. Ludzi – tabuny. Wieczorami przepełnione songthewy kursują pomiędzy Haad Rin a główną wioską Thongsala. Znaczy kursują cały dzień, ale wieczorem pijani i śpiewający kolesie wystają często z pojazdu. Nie jest to bezpieczne, zwłaszcza, że droga fragmentami jest baardzo stroma. Skuter ledwo wyrabia.

Sam wieczór księżycowej pełni to zjawisko samo w sobie. Pomny ostrzeżeń biorę tylko tyle kasy, żeby nie zgubić za dużo a coś kupić oraz jakąś kartę, która mnie zidentyfikuje na wszelki wypadek😀 Skuter też zostawiłem w bezpiecznym miejscu, a na imprezę pojechałem songthewem. Jechałem w ekipie z dwoma Amerykanami i Niemką, więc nie marudziłem, że przepłacamy za ten transport (za te 10 km – 100BHT/osoba). Ci ludzie z Zachodu wcale nie umieją się targować. W Haad Rin jest półwyspem więc łatwo można go zorganizować i kontrolować: dozwolone pojazdy to w zasadzie tylko songtewy. Punkt wysiadkowy, idziemy jak bydło wytyczonym korytarzem w kierunku bramek do miasteczka. Tam czeka obowiązkowa opłata 100BHT – w zamian dostaje się stylową, gumową opaskę na rękę. A potem wsiąkamy w tłum konsumentow wszystkiego. Czytałem w lokalnym przewodniku rady dla jadących na imprezę: żeby nie brać narkotyków i inne BHP, i wziąć „niewiele” kasy –  tak ze 3000BHT! Po tym co zobaczyłem w miasteczku, jestem pewien, że takich jeleni, którzy zostawili tu 3000BHT jest wielu. Najpierw nakrecają ludzi na super muzyczną imprezę, zachęcają do malowania ciała/koszulek kolorowymi farbami świecącymi w UV. Super koszulki, świecące pierdołki na głowę czy szyję. Jedzenie 4 razy droższe niż za dnia w mieście. No i gwóźdź programu:  rzędy budek z wiaderkami. Tak, tak, alkohol kupuje się w wiaderkach może 1-1,5 litra. Standardowa cena – 200BHT/wiaderko. Zestawów jest parę, ale wybieram tajski rum Sang Som 0.3l + cola + Red Bull. Powinno wystarczyć na całą imprezę:) Im bardziej zbliżamy się do plazy, tym głośniejsze staje się dudnienie…
Młodzi, którzy stacjonują na Ko Samui też robieni są w balona i namawiani na wieczorny wypad na Full Moon Party. Nie pamiętam ile to kosztuje, ale > 800 BHT. Potem mają problem, łodzie wracają o 3rano. Podobno kolejka jest nieziemska. Wracałem z imprezy już samodzielnie, utargowałem do 50BHT za bilet.

Jakie jest prawdziwe wrażenie z Full Moon Party?
Co 100m jest inna dyskoteka powiedzmy. Tzn puszczają inny durny techno-dancowy hicior. Kurde ci Azjaci to kompletne bezguścia. Już wiele razy się przekonałem o tym, że puszczą byle młota i myślą, że są zarąbistymi didżejami dla białych. Czasem puszczą jakiś obecny faktyczny hit, ale znajomość muzyki ogranicza się do obecnego sezonu. Po godzinie 23 wiaderka zaczynają działać. Większość uczestników chyba nie wie jak pić, bo zaczyna się na plaży kłaść coraz więcej imprezowiczów. Co to za różnica, urżnąć się na wyspie Ko Phangan czy na jakiejkowiek ładnej plaży??
Jest ładna pogoda, widac księżyc, wiatr dmie od morza, są fale. Ludzie z pełnym pęcherzem nie szukają toalet, tylko idą bardziej w morze…
Zabaw nie ma, oprócz jednej, gdzie jest zjeżdżalnia z dachu jednej knajpy. Faktycznie fajnie to wygląda, jest śmieszne i w zasadzie bezpieczne. Sumarycznie na plaży jest powiedzmy 30000 osób, jeśli założymy, że miarą imprezy ma być jej liczba uczestników to Full Moon ma się czym pochwalić. W każdym innym wymiarze przegrywa. Nie ma klimatu, bo przesłoniły go pieniądze i paradoksalnie – te tłumy. Nie ma dobrej muzyki, która jest kluczem do sukcesu. Jest to taki komercyjny twór, na który co roku nabiera się nowa rzesza młodych. Kiedyś to pierdyknie. Pisałem już o Vang Vieng w Laosie, tam też piło się alkohol wiaderkami i spływało w oponie rzeką. Zbyt wielu tam zginęło, zbyt pijackie się to zrobiło. Z niecierpliwością czekam na pierdyknięcie na Ko Phangan. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza że potem następuje Half Moon Party, Dark Moon Party itd. Nie sa to już imprezy na plaży Haad Rin Noi, tylko wymyślone na siłę przez właścicieli jakichś knajp. Nie ma się czym przejmować. Parcie na kasę na tej wyspie jest olbrzymie,  ale nie ma żadnej wytwórczości. Cała gospodarka oparta jest na turystach z Zachodu. Widziałem jeszcze pola palm kokosowych, ale nie za dużo. Jak turystom się odwidzi, to nawet opuszczanie cen nie pomoże.

Wyspa sama w sobie jest chyba bardziej urokliwa niż Ko Tao. Jest o wiele większa, ma więc więcej plaż. Nie ma plaż kamienistych, przynajmniej nie widziałem. Brzeg łagodnie schodzi do morza. Czasem nawet są mielizny 100m od brzegu, więc czasem trzeba daleko odpłynąć, żeby… popłynąć🙂 Na pewno każdy znajdzie takie miejsce, które nie będzie pełne ludzi. Nie jest to dobre miejsce do snoorkowania ani tym bardziej nurkowania, tam są po prostu malownicze plaże.