Ponieważ tajska wiza kończyła mi się 16-go marca a zostały mi 2 dni, musiałem szybko zwijać się z Krabi. Ba, z Tajlandii w ogóle. Dlatego niezwłocznie, kombinowanym przejazdem wybrałem się do Satun – tajskiej miejscowości na południowym zachodzie Tajlandii, z której można dostać się na prom płynący prościutko do malezyjskiej wyspy Langkawi.

Finalnie w Satun byłem po 21-szej. Do końca nie wiedziałem, gdzie jestem. W okolicy usłyszałem śpiewy muezinów – czy ja dalej jestem w Tajlandii?? Hotele w okolicy odstraszały cenami, tę noc przespałem w hamaku, w zadaszonej leżance, na uboczu miasta. Miało to tę zaletę, że kiedy wymięty obudziłem się o świcie, miałem dużo czasu na dotarcie do przystani promowej Tammalang. Dojechałem tam na stopa. Na miejscu, za ostatnie tajskie pieniądze kupiłem bilet za 310BHT, potem tajska kontrola graniczna i oczekiwanie na prom o 9.30.

W ten sposób znalazłem się na malezyjskiej ziemi. Wiza tego kraju dla Europejczyków jest za darmo i zezwala na pobyt 90 dniowy bez znaczenia JAK dostajemy się do tego kraju. Daje to duży komfort podróżowania, well, z takim zapasem można byczyć się do woli. Ceny, jak zdążyłem się szybko przekonać, są podobne do polskich. Przelicznik 1RM (ringitt) = 1zł mniej więcej. Benzyna na wyspie 1,9 RM/litr! Jedzenie tańsze niż w Polsce, szczególnie w restauracjach hinduskich. No właśnie co mnie uderzyło, to niesamowity mix kulturalny. Hindusi mieszają się z Muzułmanami i Buddystami. I to wszystko jakoś tam działa. Litery są nasze łacińskie, ale ichni język. To powoduje, że można się poczuć bardziej swojsko. Inne jest podejście do turystów, zwłaszcza, że biali wcale nie przeważają jako turyści na tej wyspie, o wiele więcej jest Azjatów. W zwyczajnych sytuacjach ceny są znane i takie same dla wszystkich. Nawet jak sprzedawczyni jest muzułmanką w ładnej chuście na głowie to nie ucieknie tylko uśmiechnie się i zacznie rozmawiać po angielsku. Zapomniałem dodać najlepsze: LANGKAWI TO STREFA BEZCŁOWA! Jest parę sklepów z importowanymi towarami, w większości są to alkohole. I tu kolejna niespodzianka: Finlandia, Smirnoff, Absolut kosztują ok 33-38RM. Wyjątkiem jest polska eksportowa wódka Belvedere – 120RM! No chyba na głowę upali. I to się sprzedaje? Jakaś Australijka mówiła mi, że lubi kupować Belvedere w u siebie w kraju. No ale tutaj, ta cena – szokujące.

Na Langkawi nie ma autobusów. To o tyle źle, że wyspa jest duża, powiedzmy 20km wzdłuż i 40km wszerz. Jedyną komunikację zapewniają taksówki oraz skutery i samochody do wynajęcia, nie ma mototaxi. Przykładowo taksówka od portu do znanej plaży Cenang kosztuje 25RM. Skutery można wynająć w drugim pawilonie przystani promowej. Jest wiele firm, ale panuje zmowa cenowa. Na dzień dobry skuter kosztuje 40RM/doba. Dobry skuter panie, nowy, Honda!

Ponieważ lubię wolność i wiatr we włosach, wyhaczyłem kolesia, który jakoś mądrzej wyglądał z twarzy, pogadałem, potargowałem się – bez skutku🙂 Ale nie miałem presji czasowej, zwłaszcza, że ładne, deszczowe chmury się zbierały i na pół godziny chlusnęło deszczem. No to stoję sobie obok, czekam na lepszą pogodę. Gość tak łypie okiem na mnie, przywołuje ręką i mówi: OK, 30, ale nie Honda, Modenas, automatic. Hehe Victory!! W ten sposób pierwszy raz zetknąłem się z malezyjskim przemysłem motoryzacyjnym.
Sam skuter bez fajerwerków, 18000km na liczniku, powyżej 50tki tak śmiesznie zaczynał silnik gwizdać, a hamulce miał dość delikatne. W ciągu 3 dni dobrze się sprawował i nie żarł benzyny.

Moim miejscem na wyspie została plaża Cenang na zachodnim wybrzeżu. W ciągu dnia to tłumna plaża, wieczorem, zależnie od pogody można zobaczyć wspaniały zachód słońca. Z plaży również w dali na północy da się zobaczyć góry i punkty widokowe na szczycie. Niedaleko od plaży i akwarium znalazłem „Rumours guesthouse”. Ciche, opustoszałe miejsce z 4-osobowym dorm-roomem za 15RM/osoby. Jak dla mnie bomba, jedyne ale – nie mają internetu. Sprawdziłem też Gecko Guesthouse – hostel z klimatem, dużo ludzi, internet, książki itd. ale dorm-room jest 10-cioosobowy! Zapomnij o wyspaniu się! Ja miałem ciszę, pierwszej nocy miałem wręcz pokój tylko dla siebie.

Wyspa jest o tyle fajna, że da się pojechać w najdalszy kraniec wyspy i wrócić w sensownym czasie. Najpierw pojechałem na północno-zachodnią część, zobaczyć te widokowe tarasy na szczycie góry. Dojeżdza się tam kolejką linową. Oni mówią na to „Cable Car”. Najpierw tabliczka przy kasie informuje, że sławny „Sky Bridge” jest zamknięty z powodu prac konserwacyjnych. Potem zakup biletu – Malee – 15RM, każdy inny – 30RM. Kasjerka ostrzegła, że będę stać w kolejce godzinę. Miałem pecha. Była to niedziela. O takim wypadzie pomyślało wielu turystów. Jednak za 80RM możesz ominąć tę kolejkę🙂 Wolałem stać i czekać.
Na górze jest bardzo ładnie. Punkty widokowe są rozstawione na dwóch osobnych górach również połączonych kolejką linową. U góry poruszasz się za free. Mogę powiedzieć, że nawet bez wizyty na Sky Bridge, doskonale można było sobie obejrzeć panoramę wyspy. Pogoda dopisała, chmury ominęły wyspę i szczyty gór.

Jadąc kolejką można też zobaczyć z lotu ptaka pewien wodospad w środku dżungli. Reklamują go strasznie, natomiast teraz w porze suchej biednie on wygląda. Z góry wygląda po prostu jak łysa skała pośrodku gąszczu.

Dalej chciałem zobaczyć na północy plażę z czarnym piaskiem. Nie znalazłem tej plaży, a to co znalazłem to było poważnym „semantycznym nadużyciem” (znacie autora tego wyrażenia, znacie..) Plaża normalna, pomiędzy ziarnami widać było czarne drobinki, w proporcji pół konia na pół zająca…

Natomiast moim głównym celem była plaża na północnym-wschodzie: Pantai Tanjung Rhu. Miejsce urokliwe z dwóch powodów: 1. plaża, 2. wieczorami w jednej z zatoczek odbywa się karmienie orłów. Zapomniałem dodać, że orzeł jest znakiem rozpoznawczym wyspy. Jest ich tu wiele. czasami kołują nawet nad miastem. Można się domyślać, że proces karmienia orłów nie jest widokiem za darmo. Jest to wycieczka łodzią.
Plaża leży w zatoce, w najlepszej części zagarnięta jest przez hotel. Obcym wstęp wzbroniony. I tak było tam pusto. Jest też część publiczna i całkowicie wystarcza. Podczas mojej obecności było tam może 20 osób. Super! Piasek gruby i czysty, brzeg stromo schodzi do morza, można się kąpać🙂 W czasie odpływu odsłania się długa i wąska mielizna prowadząca w głąb zatoki. Oczywiście wejście do niej znajduje się po stronie hotelowej😦

No i w zasadzie to wszystko, co zwiedziłem. Na Langkawi można się byczyć, imprezować, jeść dobre rzeczy i plażować. Ot co!