Witam wszystkich!

W zasadzie powinienem był napisać podsumowanie wiele tygodni temu, kiedy zakończyłem „podróż nr 1”🙂 Tak, tak – zakończyłem ją. Niedawno w Polsce było 33 C, parno, każdy ssak błagał o porządny deszcz, na morzu udało mi się nos i czoło spalić mocniej niż w Azji. Szkoda tylko, że termoklina u nas zaczyna się na 2-3m głębokości*.  Czułem się prawie jak na Wschodzie i nie ciągnęło mnie do bloga.  Jednak ten artykuł jestem winien sobie i wszystkim, którzy śledzili moje poczynania w Azji, więc oto on.

W całej tej historii zatrzymaliśmy się w Sempornie, kiedy oczekiwałem z niecierpliwością na łódź na wyspę Mabul. Były to moje ostatnie dni na Borneo i w ogóle w Azji, dlatego liczyłem na to, że spotka mnie coś „wypaśnego”. A owszem, spotkało, jednak takiego obrotu spraw nie spodziewałbym się nigdy…

Generalnie, jak wspomniałem w poprzednim poście, do Semporny przyjechałem bez planu. Krótka runda po kilku szkołach nurkowych w miasteczku i wywiad w necie skończyły się tym, że zaufałem szkole o nazwie „Uncle Chang”. Miałem gościć 3 dni w ich ośrodku na wyspie Mabul oraz miałem zaklepane miejsce na limitowanej liście nurków na wyspie Sipadan.

O umówionej 8 rano stawiam się z bagażem przy kei. Ze mną jedzie paru białasów, ale przeważają Chińczycy. Mają akurat wakacje, pełno ich wszędzie :)) Ale są strasznie ciapowaci, do wszystkiego mają „ale”, mają problem z zakumaniem spraw. No ale „kliijent nasz pań”… Potem tradycyjna godzinna obsuwa wypłynięcia z portu – wszędzie tak samo.

Co nieco o Mabulu

Sama wyspa Mabul to pomieszanie moich wyobrażeń o rajskiej wyspie na środku morza ze slumsami. Jest niewielka, można obejść ją w 20 minut, każdy kawałek wybrzeża jest zagospodarowany przez firmy nurkowe i drogie hotele na wodzie oraz przez proste budy zwykłych ludzi. Zagęszczenie jest takie, że domy buduje się na palach, łącząc je z lądem systemem prostych kładek. Ośrodek wujka Changa zbudowany był również na palach, ale fajnie to wyglądało. Generalnie zadbane to mieli: szeregi domków, „biuro” i większa jadalnia pod dachem jakieś 15m x15m z widokiem na zachód słońca. W tyle budowali kolejne pomieszczenia mieszkalne. Woda w obszarze ośrodka  jest wolna od śmieci, czysta, w nocy widać czasami żółwia, na dnie rozrzucone gdzieniegdzie rozgwiazdy różnych kolorów. Dalej prowadziła kładka pomiędzy bieda-domkami. Tu już zaczyna się syf. Nierozumne, tępe wyrzucanie śmieci, resztek materiału budowlanego, drewnianych desek wprost do płytkiej wody. Na lądzie rozbudowała się wioska, 2-3 sklepiki z jedzeniem i przyjemne palmy wzdłuż plaży. Jednak miałem wrażenie, że podział na turystów  i miejscowych jest wyraźniejszy. No ale nie ukrywajmy faktów. Przeludnienie na tej malutkiej wyspie było duże, zupełnie jak w Sempornie. Uciekinierzy z Filipin i poszukiwacze „lepszego życia” skończyli tutaj tak jak wszędzie indziej: skromna, drewniana chatka i łowienie ryb. Czasem pod te nasze lewitujące domki podpływała łódka z dzieciakami oferując rybę (a gdzie ja tę rybę przyrządzę??) lub po prostu żebrząc z łódki. Większość z nich i tak siedziała na lądzie bawiąc się czy grając w piłkę. Dziwny to raj. Osobną atrakcją jest pływająca platforma wiertnicza przerobiona na ośrodek wypoczynkowy. Odległa o kilkaset metrów od brzegu, skutecznie odcina się od obcych.

W tych pięknych okolicznościach przyrody spędzałem 3 doby. Obsługa ośrodka rano i po południu organizowała snoorkowanie obok wyspy. Ja miałem to za free, bo już nieźle zabuliłem za rezerwację nurkowania na wyspie Sipadan. A może to efekt „niebieskich oczu”? Hehe, kto to wie. Faktem jest, że przez jeden dzień to było ciekawe zajęcie. Drugiego dnia snoorkowałem już sam, kiedy chciałem i jak. Dzięki temu całkiem łatwo i w płytkiej wodzie natknąłem się na takie stwory jak lion fish czy crocodile fish.

Bardzo fajne, ale umysły wszystkich nurków rozpaliła wiadomość, że dwa dni wcześniej 2 Chińczyków snoorkowało na Sipadanie i widzieli … rekina wielorybiego. Nawet nurkować nie było trzeba, szczęściarze!

Wyspa Sipadan

Kiedy nadszedł 3 dzień, byłem niecierpliwy. Po to zrobiłem patent na 30m żeby móc bawić się na takich ścianach jak Sipadan. Ha – co to jest? Wyspa Sipadan to 600 metrowy pionowy słup korali wyrosły na oceanicznym dnie. To są tysiące lat życia – nic dziwnego,  że nadal jest ostoją morskich zwierząt. Ranek był obiecujący, potem już było tylko gorzej. Po pierwsze okazało się, że zamiast grupy 7 osób (ja i 6 chińczyków) zrezygnowało 4. Liczba instruktorów  = 1. Na łodzi okazało się, że są to OWD czyli mogą zejść tylko do 18m. A ja muszę z nimi… Byłem zawiedziony. Katrin-instruktorka tylko poklepała mnie po ramieniu. Potem pod wodą okazało się, że jeden z Chińczyków praktycznie nurkować nie umie. Wkurzało mnie to. A sama przyroda? Nie no, ściana robiła wrażenie. Widoczność – 20m jak nic. Zawieszony w błękicie widzisz świałto nad sobą i ścianę życia idącą w nieskończoną głębię. Prąd morski był silny, więc standardowym sposobem wyrzucili nas  w jednym punkcie a czekali po drugiej stronie wyspy. To było bardzo ciekawe, zupełnie jak jakieś ruchome zoo – trzeba było tylko kontrolować położenie ciała a krajobraz zmieniał się sam. Po południu mieliśmy szukać ławic barrakud. Wiecie, te ogromne pływające leje rybne… Krążyliśmy łodzią w poszukiwaniu dobrego miejsca – ławice widać z łodzi. Zamiast tego zobaczyłem nagle pod sobą jakiś ogromny kształt – to żółw gigant był, niestety nie dane mi było nawet z fajką do niego zanurkować… A barrakudy – były, ale nie chciało im się kręcić w kółko😦 Generalnie nastawiony na niezwykłości, nie zobaczyłem ich. Stad żółwi, rekinów, ryb-młotów nie widziałem. Wiem, że to zależy od dnia, ale i tak niedosyt był… Nauka – nie napalajcie się na „wyjątkowe miejsca nurkowe”, nie dajcie omamić opowieściami.

Zagęszczenie akcji..

Ostatni wieczór spędziłem z trójką innych nurków. Spędzaliśmy razem czas od początku mojego przyjazdu na wyspę. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić sobie ognisko na plaży, niedaleko takiej wieży ratowniczej. Zarządzający tamtym ośrodkiem Malezyjczyk nie miał nic przeciwko, w sumie imprezował 10m dalej z innymi tubylcami i trzema Francuzkami🙂 Kiedy tak leżałem na piasku, wiecie – ognisko, palemki nade mną, rozgwieżdżone niebo, pomyślałem że to będzie genialne zakończenie mojego pobytu jak się wyśpię na tej wieżyczce w moim hamaku. Wyobrażałem sobie jakieś kapitalne widoki o poranku… Nic bardziej mylnego…

Gdzieś po północy każdy zebrał się do spania. Ja swoje tobołki już miałem wniesione na wieżyczkę, rozłożyłem hamak i zamiast normalnie położyć się spać, pomyślałem – a przejdę się ostatni raz, może żółwia zobaczę na plaży… Kiedy po pół godzinie wróciłem, mojego małego plecaka nie było… Został ten większy i cięższy. Straciłem dokumenty, karty płatnicze, pieniądze, aparat, laptopa. Sandały mi też ukradli! Zdjęcia ocalały. Krótko mówiąc na wyspie poczułem się zbyt bezpiecznie. Tak małej wyspie, że nie przyszło mi do głowy takie złodziejstwo. Ten jeden raz w całej podróży nie zabezpieczyłem sobie wystarczająco bagażu. Potem były nerwy, sklinanie na wieśniaków, wizyta na wysepkowym posterunku, potem zerwała się burza więc nici ze spania w hamaku bo deszcz padał poziomo:) Generalnie końcówka wizyty na wyspie, ostatnie 7 godzin to był koszmar. Potem był oficjalny raport na lądzie stałym.

A, zapomniałem wspomnieć, że na to wszystko nałożyły się… WYBORY DO SEJMU w MALEZJI! Same malezyjskie wybory, kampania itd, to temat na osobny artykuł. Tak więc kradzież plecaka zachodniego turysty, była dla policji najmniejszym ze zmartwień.

Jednak nieco zdziwiło mnie, że po złożeniu raportu najzwyczajniej pozostawili mnie samemu sobie. Wymusiłem na nich zdobycie numeru do ambasady polskiej w Kuala Lumpur (KL). Z resztą numer nie odpowiadał – była niedziela🙂 W ramach eksperymentu powiedziałem im, że skoro ukradziono mi kasę, to jak mam się odstać na lotnisko? Oni nie wiedzieli co zrobić! Po prostu – idź sobie! Szczęściem w nieszczęściu było to, że loty z Borneo do KL i z KL do Frankfurtu miałem już załatwione, a w plecaku znalazłem 25USD czyli 75RM. Za tę kasę dostałem się z Semporny na lotnisko w Tawau, a w KL dostałem nocleg i żywność. W poniedziałek i wtorek konsul polskiej ambasady p. Maciej S. pomógł mi wielce, za co mu bardzo dziekuję. Za pierwszym razem to w ogóle podwieźli mnie (przy okazji) z centrum do ambasady, potem kontakt z Polską i wszystkie papierkowe sprawy udało się załatwić w zasadzie w 1 dzień. Udało się to tylko dlatego, że miałem już ustalony lot do Europy we wtorek o północy. Heh jedynie fakt, że za paszport tymczasowy wyrabiany w Malezji musiałem zapłacić ok 150zł, przyćmił radość kontaktu z ojczystą biurokracją🙂 Inna sprawa – przekazywanie pieniędzy przez „Western Union” – Niby fajnie, ładnie, ale wysyłając pieniądze z Polski do Malezji została pobrana opłata w wysokości 10% sumy, a ja odbierając ją również zapłaciłem 10%. Nie wiem jaki tu sens, gdzie uczciwość. Mam gdzieś tę ” Zachodnią Unię”.

 

Podsumowanie

Sumarycznie, z Frankfurtu do kraju powróciłem autokarem z dwoma euro w kieszeni:) Na styk. Część bagażu podróżnego straciłem, ale bagaż doświadczeń wzrósł niebagatelnie. Powiem tylko, że zmęczyła mnie ta podróż. A dokładniej właśnie bagaż był dużym obciążeniem. Następny raz wybiorę się z mniejszym ładunkiem. Nie wezmę małego plecaka, o laptopie zapomnę – nie będzie więc bloga prowadzonego na żywo. Chyba, że ktoś mi za to zapłaci grubą kasę😉 Dużo jeździłem stopem. Szczególnie po Malezji. Tam ten nadmiar się ujawnia. Jakieś piesze przejścia od punktu A do B – wyglądałem jak muł z plecakiem 75l i małym przed sobą. W końcu spakowałem rzeczy na każdą okazję. I jeszcze w ręce nosiłem ten zarąbisty hamak, który kupiłem w Kambodży a więc w trzecim miesiącu podróży. Po pięciu miesiącach chciałem odpocząć od Azjatów i wróciłem do Polski. Co dalej, to się okaże. Brak mi jednak świeżego mango, owoców langsard, mangosteen, tajskiego jedzenia, malezyjskich cen benzyny i snoorkowania z fajką.

W chińskiej księgarni w KL kupiłem sobie mapę świata, jakiej szukałem od dawna. Taką laminowaną 60cm x 1m. Ale co w niej jest fajne to to, że w jej centrum jest właśnie Azja, Europa gdzieś po lewej a Rosja i Stany Zjednoczone sąsiadują ze sobą wyraźnie. Tak jak w życiu…