Na samym południu Laosu rzeka Mekong rozlewa się na dużym obszarze tworząc wyspy a w porze suchej również zakrzewione wydmy. W ten sposób powstaje komercyjna nazwa miejsca – 4000 wysp (Si Phan Don).

Na tym obszarze jest parę dużych wysp. Największą jest Don Khong, jednak mało kto się tam ładuje. Praktycznie dla wszystkich celem jest Don Det lub Don Khon.

Wśród spotkanych turystów panuje opinia, że jest to miejsce na kilkudniwy chillout. Dla mnie było ono pomyłką. Chillout oznacza w praktyce nic nierobienie na wyspie, na której jest się w pewnym sensie więźniem. Don Det jest przystankiem dla wyjeżdżających z Laosu lub też przyjeżdżających z Kambodży. Dla obu grup oznacza to, że nie ma w portfelu odpowiedniej ilości KIP. ATM na obu wyspach nie istnieje, trzeba płynąć na ląd stały. Łódź na ląd to 15tyś KIP w jedną stronę. Przeliczniki z dolara są niekorzystne, a niekorzystność wzrasta wraz z późniejszą porą nocną. Noclegi to bungalowy – w zasadzie wszędzie 50tyś KIP za dobę. W centum wioski praktycznie zawsze jest pełne obłożenie. I szczególnie po stronie zachodniej, bo niby romantycznie jest widzieć zachód słońca. Tyle tylko, że polecam wschodnią stronę, bo słońce nie grzeje na werandzie od godziny 12tej. Jest o wiele znośniej w ciągu dnia, a zachód to można zobaczyć z werandy jakiejś knajpy. Jeśli jednak ktoś się wysili i przejdzie 15 minut od centrum, znajdzie domek za 30tyś. Na wyspie jest problem z bieżącą wodą. Pić tylko tę butelkowaną! Woda do prysznica pobierana jest z Mekongu🙂, tak więc nie ma różnicy, czy kąpiesz się w rzece czy w łazience.

Na Don Det nie ma nic ciekawego. Wyspa 2 na 3km. Paręnaście barów i restauracji. Zdesperowani rzucają się na kosztowny „kayaking” albo podglądnie delfinów słodkowodnych, których tak łatwo nie można zobaczyć. Najaktywniejsze są po południu i wieczorem kiedy już tak nie grzeje. Większość ludzi jednak ma szansę podglądania delfinów w ciągu dnia, tak więc godzinne wypatrywanie kończy się na zobaczeniu dwóch głów delfinich. Ratunkiem jest wypożyczenie roweru. Jeden dzień wystarczy, żeby objechać wyspę, dojechać do mostu łączącego z Don Khon, objechać drugą wyspę i wrócić do pensjonatu. Most łączący obie wyspy zrobiony był jeszcze za Francuzów, nie przeszkadza to jednak lokalnym kasować za przejście 25tyś KIP. Bilet uprawnia do przekraczania mostu w tym dniu oraz do zwiedzenia wodospadu na zachodzie wyspy Don Khon.

Don Khon jest o tyle ciekawsze, że ma dwa wodospady i cypel na południu dla łodzi do podglądania delfinów. Jeden wodospad jest na wschodzie a drugi na zachodzie. Do tego pierwszego mało kto jeździ, bo droga nie jest ani prosta ani czytelna. Nie mniej jednak ten zachodni prezentuje się okazale nawet w porze suchej. Nie jest wysoki, ale jest rozległy. Chciałbym zobaczyć te kaskady wody w porze deszczowej.

Podsumowując: mimo, że miałem swoją werandę i hamak, nie cieszyło to miejsce wcale. Jedna pełna doba wystarczy żeby przekonać się, że to nic wielkiego oprócz reklamy. Lepiej już zostać dłużej w Pakse, albo zatrzymać się w jakiejś miejscowości w Kambodży.

Update: z wydostaniem się stamtąd też nie jest prosto ani tanio. Już wspominałem, że łódź kosztuje 15tyś KIP. To jest cena do południa. Potem jest 20tyś. Jeśli chce się kupić bilet przez pośrednika dzień wcześniej (ostatnia głupota, jest dużo łodzi, wystarczy podejść do sternika i zagadać) to koszt jest jakieś 5tyś więcej. Większość ludzi również rezerwuje bilety na dalszą podróż do Kambodży u pośredników na wyspie – to też rozrzutność. Ja rozumiem, boją się nieznanego itd. Jednak po przybyciu na ląd stały okazuje się, że te same przejazdy kosztują np zamiast 23$ to 20$ lub mniej. To jest cena za transfer bodaj do Kratie w Kambodży. Poznałem w mieście Davida z Holandii.pośród ogólnej schizy, nie chcieliśmy przepłacać i kupiliśmy zwykły bilet do granicy licząc, że po drugiej stronie  też będą jakieś busy.

Jest też pan, który mieni się pośrednikiem przy uzyskiwaniu wizy do Kambodży. Kasuje 30$, ma wszystkie formularze ze sobą, wystarczy je wypełnić i oddać mu paszport. Niee, to jest ostatnia rzecz jaką bym zrobił. Podstawowa zasada: o wizę starajcie się sami. Na tej granicy megaoszustów jeszcze nie ma, ale na granicy z Tajlandią dzieją się czasem dziwne rzeczy.

Po dotarciu na granicę od strony Laosu, trzeba dostać pieczątkę na wychodne. Łapówkarze w okienku domagają się 2$ (bo tylu ich jest za okienkiem), będą twierdzić, że to za pieczątkę, ale to gówno prawda. Moje sprzeciwy nic nie dały. Potem przekraczamy granicę i natykamy się na kontrolę zdrowotną! Śmieszna sprawa, bo mierzą temperaturę przykładając czujnik do szyi. Jak temperatura im nie pasuje, to kierują cię do takiego namiotu na boku, gdzie masz zapłacić za „deklarację zdrowotną” – taki gówniany żółty papierek ze zwykłymi informacjami BHP. Ja ich po prostu olałem, papierek zgiąłem w 4 i good bye. Ale to jeszcze nic. Natykamy się na dwie budki z oficerami granicznymi. Pieprzone stare komuchy. Od razu przedstawiają kartę przed oczy: 20$ wiza + 5$ za pieczątkę. Komunistyczni łapówkarze! Jest ich pięciu w dwóch budkach, ot co! Sprzeciwy też tu nic nie dały, może za krótko się buntowałem. Ostatecznie kładę 20$ mówiąc to na wizę, potem 5$ – to dla was – Oh no,no this not for us, it’s for stamp. – Bullshit! Sumarycznie koszt na kranicy 27$. Wygląda na to, że 3$ jest dla pośrednika, który zrobi to za nas. Nie żałujmy oficerów ani pośredników. Codziennie przez granicę przewija się powiedzmy >60 turystów. W dwa dni zarobek takiego komucha jest większy niż miesięczny zarobek kolesia w recepcji w Siem Reap (90$).

Jak już każdy ma pieczątkę (najdłużej czekają ci co dali paszporty pośrednikowi), padamy ofiarą kolejnego przekrętu: godzina 11. grzeje jak cholera, oczywiście ratunkiem są daszki sklepików i restauracyjek ustawionych pośrodku niczego tuż za budkami łapówkarzy. Trzymają nas tam 2.5 godziny, aż przyjechały autobusy i aż ludzie zostawili odpowiednią ilość gotówki. W między czasie krążą kolejni naganiacze do autobusów. Poznaliśmy tez 3kę Niemców, którzy również nie dali się namówić na bilety i tak w piątkę odrzucamy kolejne propozycje naganiaczy – 9$ do Stung Treng zwykłym busem, 8$…ostatnia propozycja 5$. Czekamy do przyjazdu autobusów. Przyjechał VIP, zwykły i minibus. Kierowca z autobusu zwykłego zgodził się na 4$ od osoby🙂 Ten mały sukces rozświetlił mroki przejścia granicznego. Byliśmy przy tym potraktowani specjalnie. Nie wiem czemu, ale nikogo najpierw nie wpuścił oprócz nas i ustawił na końcu autobusu. Mieliśmy kanapę dla siebie. Bus oczywiście był zatłoczony. Znów było za mało miejsc. Ludzie mający bilety bezpośrednio do Phnom Phen i Siem Reap (o wiele droższe) musieli siedzieć na plastikowych krzesełkach pomiędzy siedzeniami. Oni mogli się poczuć naprawdę oszukani. Przy czym nie słyszałem żadnego głosu sprzeciwu, jak owce… Z nami było inaczej. Chłopaki obsługi rozmawiali z nami, namawiali żeby zamiast do Stung Treng, w którym nic nie ma, jechać do Kratie. Za kolejne 5$. To była kolejna dobra decyzja…