Miałem już trochę dość tych wysp. Myślę – zwiedzę park narodowy, jedna Niemka polecała Khao Sok, widziałem jej zdjęcia, więc wybór był prosty. Wydostać się z Ko Samui jest prosto. Z Nathon na półwysep istnieje połączenie promowe obsługiwane przez dwie firmy: Lomprayah i Seatrans. Każda ma swoją przystań i swoje ceny🙂 Odpowiednio ok 250BHT i 150BHT. Na tablicach będzie pisać, że to połączenia do Surathani, ale to nie prawda. Prom dopływa do Donsak, a potem trzeba za kolejne 90-100BHT kupić bilet autobusowy do miasta. Odległość ok 40km. Oczywiście w Nathon można kupić to w pakiecie. W drugą stronę, tzn z Surathani istnieją również dodatkowo nocne połączenia z centrum miasta o 23 i kosztują 300BHT. Dobra alternatywa jeśli ktoś chce się wyspać jednocześnie płynąc. Można też taką nocną barkę wziąć do Ko Tao, ale to daleko.

Wybrałem tylko bilet na prom zakładając, że dalej łapię stopa. Na miejscu trochę było trudności. Przystań promowa leży w środku niczego, z każdej strony padają pytania czy chcę kupić bilet na autobus. pokusa jest silna🙂
Wyjazd z przystani od razu łączy się z lokalną drogą na tym cypelku. Z rzadka przejeżdzały samochody, środek dnia. Zrobiłem się głodny, myślę – nic na siłę, stop poczeka a ja zjem:) Po obiedzie wystawiłem rękę i po 5 minutach siedziałem na tyle pick-upa. Podróżowanie tym stylem przypomina bezwysiłkowe płynięcie z prądem. Potem na południu Tajlandii robiłem tak wiele razy. No ale tymczasem goście wysadzili mnie w samym Surathani obok dworca autobusowego. Mogłem jechać z nimi dalej, ale chyba mnie nie zrozumieli. Nie ważne. I tak się cieszyłem.

Od razu doskoczył do mnie „Lazy Bastard” pytając gdzie się wybieram. Mówię, że do Khao Sok, a on, że za 20BHT dowiezie mnie na miejsce odjazdu lokalnych autobusów w tę stronę. Heh, spławiwszy go idę na dworzec. Na dworcu wszyscy kierują mnie do uliczki po przeciwnej stronie głównej drogi. OK, idę, co krok małe biuro agenta linii autobusowej. Pytam pierwszego przypadkowego i po małym targu mam ofertę 100BHT, ale muszę poczekać godzinę. W paru innych na dzień dobry dostaję ofertę minibusa za 250BHT, więc wracam do tego pierwszego.

To była pouczająca godzina. W jej czasie do agenta przyszedł jego znajomy „Lazy Bastard” – ten sam, który mnie namawiał!🙂 Poznaliśmy się, pośmialiśmy się z tego, jaki numer chciał mi zrobić i w zasadzie miał do mnie większy szacunek, że go wtedy olałem🙂 Ale to nic. Potem podchodzi 3 Francuzów – ojciec i 2 synowie. Bieluścy. Spytali mnie o autobus, ale o cenę nie spytali. Kątem oka widzę jak z uwagą przypatruje mi się mój agent. Potem kupują bilety bez targowania i siadają niedaleko na innym tapczanie. Agent zaczął ze mną gadać i chwilę póżniej spoufalił się szepcząc mi do ucha – „zapłacili 320BHT, każdy!”. Niesamowite! I jak tu mieć szacunek do białych… Czasem cieszę się, że jestem sknerą…

Przejeżdżaliśmy przez fantastyczne okolice. Górki niewysokie za to strome i otulone drzewami w każdym, nie-pionowym miejscu. W między czasie zdążyło padać. Autobus dowiózł nas do skrzyżowania, od którego było jeszcze 2km do bram Khao Sok National Park. Zbliżał się zmierzch i trzeba było znaleźć nocleg. Wioska Khao Sok okazała się drogim więzieniem pośrodku niczego. Mam na myśli ceny moclegów a o cenach wycieczek jeszcze wspomnę. Przypadkiem poznałem kolesia, który dał mi „po znajomości” bungalow za 200BHT. Normalnie ceny idą od 400BHT wzwyż.

Teraz o samym parku. Generalnie jest to kawałek dżungli. Mapy nie udało mi się zdobyć, za to mój „hotelowiec” ma angielską książkę z lat 80 o tym rejonie. I tam była cała prawda. Były tam mapy ze szlakami. Opisy zwierząt i roślin. Że las deszczowy to warto zwiedzać w porze deszczowej jak sama nazwa wskazuje. Że w porze suchej te większe zwierzęta, którymi chełpi się park chowają się w głębi dżungli w górach i ciężko je zobaczyć. Znów – w porze deszczowej podchodzą dość blisko mieszkań ludzkich. Wynikło z tego, że obecnie te trekingi po dżungli, nocne oglądanie zwierząt są grubo naciągane. Potem spotkałem paru młodych Francuzów, którzy zrobili takie wycieczki i w zasadzie sprowadzało się to do chodzenia po lesie, suchym lesie.

Magnesem tego parku jest olbrzymi kwiat – Rafflesia. Średnica ok 90cm, kwitnie na przełomie stycznia-lutego i śmierdzi niemożliwie. Ja miałem pecha, to był koniec lutego więc było po ptokach. Jedyne co obecnie było warte zachodu, to zobaczenie zalewu jaki powstał kilkadziesiąt lat temu + jaskinie wokół niego. Ale po kolei. Park w niewielkiej części przyklejony jest do olbrzymiego zalanego terenu, wzdłuż zalew może mieć i 60km. Proszę sobie wyobrazić linię brzegową, jeśli tamtejsze górki są strome, poskręcane i jest ich dużo. Miejsce, z którego wypływają łodzie nazywa się Ratchaprapha Dam lub Chieo Lan. Od Khao Sok to jest jakieś 50km.

No i teraz wyobraźcie sobie, że będąc w Khao Sok, największym zainteresowaniem cieszą się…wycieczki po jeziorze! Cena wynosi 1200BHT i obejmuje dojazd do i z tamy, łódź, obiad w takiej wiosce na wodzie, zwiedzanie jaskini np. Namtaloo. Wstęp do parku osobno – 200BHT dla białych.
Powiedziałem – niee na głowę jeszcze nie upadłem.. Zrobię tak, jak robiłem wielokrotnie – ominąć agenta i uderzyć od razu u sprzedawcy wycieczki i nie będę dopłacał za dojazd 2x50km. Heh to nie było takie proste. Założyłem, że w wiosce przy tamie musi być takie centrum wycieczkowe. Mapa wskazywała, że wioska nazywa się Khao Phang. No to spakowałem się i na stopa dojechałem do wioski, która okazała się…drogim ośrodkiem wczasowym w środku parku! Uuu błąd mógł mnie kosztować 500BHT za noc a wycieczek nie sprzedawali🙂 Nic, pozostawało wrócić na stopa do najbliższej wioski Ban Ta Khun (10km). Było już ciemno, więc ostatnim rzutem znalazłem nocleg za 300BHT. W całej miejscowości nie słyszeli o sprzedawaniu biletów na rejsy po zalewie. Dziwne. Następnego dnia znalazłem się przy przystani. Tu największe zaskoczenie i zawód – sprzedawane są tylko bilety do parku. Można też wynająć całą łódź za 1900BHT lub 2200BHT. Nikt nie zajmuje się tutaj organizacją całych wycieczek. To nienormalne. A jakby ktoś chciał przyjechać i zobaczyć jaskinię, to co? Musi jechać ekstra 50km do pieprzonego Khao Sok National Park, żeby wykupić wycieczkę z przewodnikiem na nast. dzień? A przy przystani kłębią się puste łodzie czekające na klientów. Po prostu nie moge tego zrozumieć. Było to miejsce pokazujące jak NIE robić biznesu na turystach. Z jednej strony przez to utrzymywała się wysoka cena wycieczki w Khao Sok i łodzi, a z drugiej, potencjał zalewu nie jest wykorzystany.

Cóż było robić – czekałem na grupę ludzi, którzy zechcą mnie wziąć do łodzi. Po 30min. pojawili się weseli Rosjanie i za 500BHT (dla przewodnika, wysoka cena za podwózkę) mogłem wskoczyć na ich łódź:) Niestety pogoda tego dnia nie dopisała, widoki nie były aż tak doskonałe. Było czasem buro. Sama przejażdżka była w porządku. Płynęło się dobre 40minut do „wioski na wodzie”. Taki komercyjny zbior kilkunastu bungalowów na wodzie + restauracja. Można tam nocować jak ktoś chce, ceny nie znam. To jest punkt wypadowy do jaskini Namtaloo. Rosjanie pojedli i pojechali z przewodnikiem do jaskini, a ja wziąłem jeden z kajaczków za free i podążyłem za nimi. Chciałem się przekonać, czy ten treking do jaskini jest rzeczywiście taki trudny, że trzeba przewodnika…

Sam las był w porządku. Ścieżka taka, że nie można się zgubić. Znalazłem też mapę w lesie. Tajom naprawdę zależy nie na naszym bezpieczeństwie a raczej na niedoinformowaniu i kasie. Ale interesy robią w dziwny dość sposób. No dobra, spowrotem w pływającej wiosce musiałem być przed Rosjanami, żeby znów wskoczyć na ich łódź. Czekając popływałem w czystej, słodkiej wodzie zalewu. Potem łódź, „Good Bye Russia” i błyskawiczny stop do Ban Ta Khun.

Podsumowując, grubo się będę zastanawiał czy pojechać tam jeszcze raz. Albo zobaczyć ten kwiat, albo zobaczyć w porze deszczowej. Tylko czy tej Raflesii nie zobaczę gdzie indziej??